sobota, 20 kwietnia 2013

Zapiski kapryśnicy (cz.II)

W domu rodzice i cała rodzina przykładają ogromną wagę do tradycji. Dlatego szkoły nie ja sobie wybieram, a rodzice. I tak liceum kończyłam to samo, co moje kuzynki i kuzyni. Bo tradycja. I chociaż wcale nie było to liceum najlepsze, a co najgorsze musiałam do niego kawał drogi dojeżdżać, to nie było w ogóle rozmowy. Albo to liceum albo... no, nie wiem co... . Maturę zdałam rok temu. Właściwie, bez żadnych przeszkód. Z egzaminami pisemnymi nie miała wcale problemu, gorzej było na ustnych. Bo ja się okropnie stresuję... . Weszłam na salę, stanęłam przed tą komisją... ten olbrzymi stół przykryty tym strasznym, zielonym suknem... zupełnie jakbym miała się zaraz na nim kłaść, a oni, pochyleni nade mną kroili by mnie jak w prosektorium... brrrrr..... . Na stole leżały rozłożone w kształcie wachlarza karteczki z pytaniami. Jedna z profesorek, z kamienną twarzą, patrząc na mnie przez te swoje okropne, żabie okulary, wskazała karteczki i powiedziała:
- Wybierz jeden zestaw pytań.
Sięgnęłam, ale ręce mi się trzęsły, karteczki przykleiły mi się do palców i... ściągnęłam kilkanaście zestawów na lśniące linoleum... .

Matko, co to było... . Troje profesorów – geografka, biologica i matematyk rzucili się do zbierania karteczek.
Chyba myśleli że może chcę je podmienić, albo nie wiem, zniszczyć, bo zaczęli krzyczeć:
- Odsuń się!
- Zostaw to!
- Nie ruszaj!

Stanęłam z boku i patrzyłam na tę szopkę. Zauważyłam, że biologica była bez butów... . Ale numer... pewnie miała za ciasne, albo niewygodne... . Niestety, przechwyciła mój wzrok, kiedy z rozbawieniem patrzyłam na jej stopy... i już wiedziałam, że łatwo nie będzie... .

Kiedy w końcu pozbierali te tajne karteczki, zdyszani usiedli za stołem, a raczej... usadowili się, kazali mi usiąść w ławce, przeczytać pytania i przygotować się do odpowiedzi.

Usiadłam. Ale nie mogłam się skupić na pytaniach,bo przed oczami miałam cały czas te nieobute stopy profesorki... . Spojrzałam na „ciało pedagogiczne” - matematyk coś szeptał do geografki, biologica... patrzyła na mnie. Niczego nie mogłam wyczytać z jej oczu... .

Nagle zrozumiałam, że przecież muszę zdać ten cholerny egzamin. Uczyłam się i jestem przygotowana. Nawet moja mama, moja troskliwa mama zafundowała mi dziesięć godzin szybkiego repertorium z geografii u wykładowcy z SGPiS-u.
Nie mogę jej zawieść... .
Spojrzałam na kartkę, przeczytałam pytania. Uśmiechnęłam się do siebie... . Jest dobrze.

- Czy jesteś już gotowa? - usłyszałam głos matematyka.
Spojrzałam, czy to do mnie te słowa były skierowane. Matematyk patrzył na mnie tymi swoimi rybimi, zimnymi oczkami.
- Tak – odpowiedziałam i wstałam, cicho odsuwając krzesło.
- To zapraszamy – odrzekł sucho matematyk.

A potem nie pamiętam... . Naprawdę. Wiem, że odpowiedziałam na wszystkie, trzy pytania, profesorowie zaczęli się zastanawiać jaką mi dać ocenę, bo przez całe cztery lata nie byłam orlicą, a tu, na egzaminie tak mi dobrze poszło, geografica chciała obniżyć i dać tróję. Matematyk spuścił głowę i udawał, że nic nie słyszy. I ku memu wielkiemu zdziwieniu, biologica, ta bosonoga, stanęła w mojej obronie. Pani profesor, tak mi strasznie przykro, pomyślałam, że zawsze się wyśmiewałam z pani długich, pstrąkowatych włosów... .

W końcu dostałam czwórkę... .

O wpadce „bosonogiej” nic nikomu nie powiedziałam... . 

cdn...
 

12 komentarzy:

  1. Sympatyczna kaprysnica. Czekam na ciag dalszy :))

    OdpowiedzUsuń
  2. ...świetny tekst i budzi wspomnienia:)
    Serdeczności :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzeniem moim było właśnie budzić te wspomnienia... . Bardzo się cieszę. :-)

      Usuń
  3. Haniu:)świetnie się czytało, wybacz, że z doskoku...pozdrawiam ciepło:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniś, zapraszam częściej... :-) Serdeczności :-)

      Usuń
  4. Bardzo ciekawe opowiadanie. Podobne do mojej matury, jednak u mnie bez spierania dostałam najlepsze oceny i jacy byli dumni że tak dobrze się nauczyłam. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. A z tymi kolorami wydaje mi sie że w każdym wieku powinno się uważać. ;) Serdeczności Aniu. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję. :) Serdeczności. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że moja kapryśnica zdaje się być realną. Miód na moje serce... :-) A z kolorami - to prawda - nie należy przesadzać, wszak człowiek nie tęcza :-) Również serdeczności, Dorotko :-)

      Usuń
  7. Napisane naprawdę z zacięciem. Wartka i interesująca opowieść.

    OdpowiedzUsuń

Komentuj, ale nie obrażaj :-)