niedziela, 26 maja 2013

Dla Mamy...

Kochała muzykę, uwielbiała tańczyć... . Do kina chodziła co najmniej dwa razy w tygodniu. Nie opuściła żadnej, godnej polecenia, sztuki... .  Była stałą bywalczynią w operetce i operze... . 
Stojąc przy kuchni, gotując, sprzątając - śpiewała... . Pięknie śpiewała... . 
Od rana w naszym domu królowała muzyka płynąca z radia... Mamy ulubiona muzyka... 











sobota, 25 maja 2013

Film obejrzany czyli polubić Tarantino

KIlka znanych mi osób zachwyciło się nad ostatnim filmem Tarantino. Nigdy nie oglądałam jego filmów, postanowiłam jednak ten najnowszy obejrzeć. Ale, jak mogę stwierdzić, czy to jego lepszy czy gorszy film od pozostałych? Musiałam mieć przecież jakąś choćby najmniejszą skalę porównawczą... .
Ale... od początku...

Quentin Tarantino urodził się pięćdziesiąt lat temu w Knoxville, w stanie Tennessee. Jest uznawany jako jeden z najlepszych reżyserów i scenarzystów kina postmodernistycznego. Jest również producentem i aktorem filmowym.  

Swoje imię Tarantino zawdzięcza postaci Quinta, pół-indianina z serialu "Strzały". 

Pierwszy raz w kinie znalazł się mały Quentin kiedy miał dwa lata. To jego mama tam go zabrała. Uwielbiała kino... . I nic dziwnego, że Tarantino zakochał się w kinie... . 

Pierwszy scenariusz napisał w wieku zaledwie czternastu lat. 

Inspiracją do stworzenia pierwszego filmu był film "Człowiek z blizną" Briana de Palmy.

Aby mieć porównanie, o którym napisałam wcześniej, obejrzałam "Bękarty wojny". Film nakręcony w 2009 roku. 

Jest rok 1944. Okupowana Francja. W skrócie można powiedzieć: Zemsta Żydów na nazistach. To jest bajka "wyrośniętego dzieciaka" stworzona na prawdę z ogromną fantazją. Pełne dowcipu dialogi mieszają się z... bardzo krwistymi scenami. Podobno... jak to u Tarantino... .
 
Bękarty - to amerykańscy żołnierze mający zamordować jak największą ilość gestapowców.

U Tarantino schemat wyglądał tak: Niemcy to urodzeni erudyci, Żydzi - to kretyni. Niektórzy historycy po objerzeniu filmu łapią się za głowę... . Ja nie jestem historykiem... . 
Nie byłam jednak zachwycona filmem... .
Chyba jednak nie polubię pana Tarantino... .

Aż tu... kilka dni temu... "Django"... .

Najnowszy film z 2012 roku. Mogę powiedzieć krótko: western bardzo soczysty z genialną muzyką... .

Akcja rozgrywa się w czasach niewolnictwa. Django to właśnie niewolnik, który całkiem niespodziewanie odzyskuje wolność. Ale ta wolność zwrócona jest mu pod pewnymi warunkami. 
Jego wybawicielem z niewolniczych łańcuchów (w przenośni i dosłownie) jest uroczy łowca nagród, doktor Schultz. Django po społu z nim ściga, poszukuje, bez trudu odnajduje, zabija poszukiwanych przestępców i... zgarnia niemałe pieniądze. 

Ale umowa nie trwa wiecznie, poszukiwani są "skutecznie" unieruchomieni... .
Doktor i były niewolnik wyruszają na poszukiwania... . Kogo...? :-)

Film naprawdę wart jest obejrzenia. I mimo, że z zabawnym obrzydzeniem nie raz odwracałam wzrok od ekranu, to jednak ta soczysta, krwawa jatka, jaką zgotował nam znowu Tarantino, godna jest zobaczenia. 

Wszystko okraszone fantastyczną muzyką.
Tytułowy utwór skomponowany przez Bacalova mieszany jest z muzyką popularną lat 60. i 70. ubiegłego wieku. 

Dodam, że film otrzymał dwa Oskary i dwa Złote Globy.        



sobota, 18 maja 2013

Dlaczego tak nagle... za wcześnie, panie Marku...

Na tym blogu miałam nie pisać o pożegnaniach. Ale, jak tu nie napisać... 

Był przede wszystkim znany jako założyciel zespołu "Maanam". I to z tym zespołem zdobył największą popularność. 
Już w czasie studiów na filologii angielskiej grał w grupie "Impulsy". Z tej formacji powstał jego zespół bluesowo rockowy "Vox Generis". 
Współpracował ze znaną wszystkim "Piwnicą pod Baranami", grał z zespołami "Osjan" i "Anawa". 

Odszedł nagle. Marek Jackowski zmarł w wieku 66 lat. 

 

piątek, 10 maja 2013

Podróże w świat książek...

Czy zastanawialiście się kiedyś nad miejscami, w których rozgrywają się akcje książek? Jakie te miejsca są, jak wyglądają naprawdę?
Ostatnio myślałam o tych miejscach... przypominałam sobie książki przeczytane jeszcze w dzieciństwie, potem kiedy byłam nieco starsza i w końcu całkiem niedawno...

I tak moją podróż rozpoczęłam od... Bullerbyn... To pewnie w takich domkach mieszkała szóstka przyjaciół...

    http://cdn1.cdnme.se/cdn/5-2/15392/images/2010/bullerbyn-3_106659063.jpg 


A gdzie bawili się Mary, Dick i schorowany Collin z "Tajemniczego Ogrodu"...? Może tu...


http://fc04.deviantart.net/fs70/i/2012/270/9/5/secret_garden_by_ipaiflame-d5g2hi1.jpg 


Wyspa Księcia Edwarda musi być bardzo, bardzo interesująca... to przecież tam rudowłosa, chuda, piegowata Ania miała swoje Zielone Wzgórze... 



http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/1/1c/GreatAndGreenGables.jpg/280px-GreatAndGreenGables.jpg 



http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/eb/Prince_edward_island_cavendish_red_cliffs.JPG/250px-Prince_edward_island_cavendish_red_cliffs.JPG
http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/e/eb/Prince_edward_island_cavendish_red_cliffs.JPG/250px-Prince_edward_island_cavendish_red_cliffs.JPG 


Sceneria niczym z horroru - to Twisted River z książki John'a Irving'a "Ostatnia noc w Twisted River"... strach się bać...




http://cartoslibrary.files.wordpress.com/2012/06/tr-androscoggin-logging.jpg
http://cartoslibrary.files.wordpress.com/2012/06/tr-androscoggin-logging.jpg 


Rodzima seria wspaniałej sagi rodu pani Basi znad Rozlewiska... . I niby nasze zwykłe - niezwykłe Mazury, ale ta atmosfera kreślona piórem pani Kalicińskiej... ach chciałabym zawitać do pensjonatu Małgosi, usiąść w kuchni i posłuchać opowieści, napić się herbaty... że nie wspomnę o słynnej zielonej nalewce... . :-) Ale, trzymajmy się tematu... urok Mazur... 


http://bi.gazeta.pl/im/4/6942/z6942534X.jpg 


http://s.redefine.pl/dcs/o2/redefine/images/9b/9b73440ad8688c91de8ec0fc0683bc21.jpg
 http://s.redefine.pl/dcs/o2/redefine/images/9b/9b73440ad8688c91de8ec0fc0683bc21.jpg 


Tajemnicza, ponura Barcelona dwudziestego wieku w powieściach Carla Ruiza Zafona "Cień wiatru" i "Gra anioła"...


http://blurppp.com/blog/wp-content/uploads/czg_.jpg
http://blurppp.com/blog/wp-content/uploads/czg_.jpg 





http://2.bp.blogspot.com/-B18wimqda0g/Ts0m-XG_oDI/AAAAAAAAACc/sr3HmrYZu1U/s1600/d.jpg


Cmentarz zapomnianych książek...


http://static.polskieradio.pl/files/d1853a20-a8c3-45f5-ae59-59c483255a86.file 


Jeszcze chciałabym zobaczyć Tarę... 


http://images2.fanpop.com/image/photos/12900000/Tara-gone-with-the-wind-12962205-300-273.jpg
http://images2.fanpop.com/image/photos/12900000/Tara-gone-with-the-wind-12962205-300-273.jpg 


A z domu wybiega Scarlet i już czuję, że przy herbacie porozmawiamy o Ashley'u... i znowu dowiem się, że Rett jest taki nikczemny... .  Bajkowa sceneria z "Przeminęło z wiatrem"...

http://hudson.typepad.com/.a/6a00d83454ca3969e2012877afa675970c-pi
http://hudson.typepad.com/.a/6a00d83454ca3969e2012877afa675970c-pi 


Moja podróż dobiega końca... jeszcze tylko dzika Afryka... śladami Karen Blixen i Kenia namalowana w "Pożegnaniu z Afryką"...


http://www.kimbla-mantana.com/images/image010.jpg
http://www.kimbla-mantana.com/images/image010.jpg 



http://www.pupilsdomain14.nlcs.org.uk/1_1297084152_african-bush.jpg
http://www.pupilsdomain14.nlcs.org.uk/1_1297084152_african-bush.jpg 


niedziela, 5 maja 2013

W salonie kosmetycznym...

Kilka lat temu...

Henna brwi i rzęs - rzecz ważna.  Samej brwi zrobić, nie ma problemu, ale z rzęsami nieco trudniej jest. Postanowiłam i tym razem wesprzeć się pomocą fachową. Mieszkałam w mieście od niedawna, nie wiedziałam gdzie warto pójść... bo przecież ślad pani kosmetyczka zostawi trwały... co najmniej na dwa tygodnie... . 
Poszłam po najmniejszej linii oporu. W kamienicy, w której mieszkałam mieścił się salon kosmetyczny. 
Nie mając numeru telefonu, postanowiłam "na czuja" wybrać się... w końcu daleko nie mam, jak mnie nie przyjmie, umówię się na godzinę.
Salon z zewnątrz wyglądał całkiem przyzwoicie. Inaczej przecież nie wybrałabym się... .  Wczesna wiosna, trochę chłodno, więc drzwi zamknięte. Oszklone, choć środka nie widać... . Wchodzę.
Małe pomieszczenie z jednym stanowiskiem - łóżkiem czy fotelem kosmetycznym, postawionym na środku tegoż. Dookoła szafki, szafeczki, szafunie zawalone kosmetycznymi tubkami, słoikami, buteleczkami. Firm różnych, jakby powiedział nasz satyryk: "różnych, różnistych, od a do... " . 
Po drugiej stronie pomieszczenia - drzwi. Otwierają się, najpierw wychyla się skłębiona czarnymi w nieładzie włosami głowa, potem wychodzi cała postać. 
- Czarnownica - przeszło mi przez głowę...
Pani była wzrostu średniego, bardzo szczupła, przyodziana w ogromną, zamaszystą spódnicę i spowita była w kolorowy szal. Na haczykowatym nosie miała druciane okulary...
- Dzień dobry - powiedziałam nie zrażona jej widokiem, mając nadzieję, że to jakowaś pomoc kosmetyczna.
- Dzień dobry, słucham panią - odpowiedziała bez uśmiechu, dosyć ponuro.
- Chciałabym zrobić regulację brwi i hennę - brnęłam dalej.
- Kiedy? - spytała.
- A kiedy można? - odparłam pytaniem.
- Już - odrzekła mierząc mnie wzrokiem, jakby chciała sprawdzić, czy nadaję się do upieczenia czy też może trzeba mnie trochę podtuczyć...
- Świetnie - odrzekłam sama się dziwiąc, że to słyszę.
- Proszę usiąść - wskazała mi ów fotel stojący na środku, po czym odwróciła się do drzwi w głębi pomieszczenia i krzyknęła:
- Elka, skończyłaś obierać cebulę?
- Aaa, to będzie mnie obkładać cebulą? - pomyślałam - jeszcze jest czas, jeszcze mogę uciec... . Nie, no przecież chyba nie będzie mi kłaść tej cebuli na oczach... o matko kochana... co ja tu jeszcze robię...?
Tymczasem w drzwiach, w których ukazała się przedtem czarownica, stanęła młoda, wysoka, chuda dziewczyna w ciąży z papierosem w ustach. 
- Cebula obrana i pokrojona - powiedziala ochrypłym głosem patrząc przy tym na mnie ciekawie.
- No, to co stoisz? Zaczynaj smażyć - krzyknęła czarownica prosto w moje ucho... kładąc na moim dekolcie mocno sprany ręcznik pachnący wszystkimi kremami świata tyle, że nieco zjełczałymi... .
- Zaczyna się robić ciekawie - pomyślałam.
Młoda chuda zniknęła w drzwiach, a czarownica zaczęła przygotowywać hennę, odwrócona tyłem do mnie, pochylona nieco nad stolikiem obok umywalki. 
Rozejrzałam się dokładniej... . Czysta podłoga, właściwie czyste szafki przeszklone (te, w których stały kosmetyki), kilka różnych lamp mniejszych i większych, ze szkłami powiększającymi, maszyna do nawilżania skóry parą). 
Czarownica podeszła do mnie i już wyciągnęła rękę, aby nałożyć mi czarną maź na brwi, kiedy odsunęłam głowę i powiedziałam:
- A pani nie zmyje mi najpierw makijażu?
- Nie, a po co? To jest taka henna, która się i tak będzie trzymać.
- A nie zapytała mnie pani, jaki kolor henny sobie życzę?
- Ja lepiej wiem. Do pani cery i do pani włosów najlepsza będzie mieszanka czarnej i szarej. 
Położyłam głowę spokojnie. Czarownica przysunęła się do mnie blisko i patrząc znad okularów nakładała ostrożnie hennę. Robiła to niezbyt delikatnie... .
- Proszę pani, ale ja bardzo proszę aby to nie były takie mocne, czarne krechy i żeby skóra nie była pofarbowana.
- Kochaniutka, nic się nie martw, ja stara kosmetyczka jestem...
- To widać - pomyślałam nie bez złośliwości.
- ... wszystko będzie jak należy. 
Nagle poczułam w nozdrzach ostry zapach smażonej cebuli... . Skrzywiłam się.
Czarownica musiała też poczuć, bo wrzasnęła mi do ucha:
- Elka, jak się zeszkli, wrzucaj kiełbasę!
- Co ja tu robię? - pomyślałam.
Kobieta przesłała mi jeden ze swoich krzywych uśmiechów mówiąc:
- No, teraz pani posiedzi trochę, a tu tej henny zostało jeszcze, to ja skorzystam i sobie też położę. 
I oddaliła się w stronę umywalki, nad którą wisiało lustro.
Z wrażenia nic nie powiedziałam, tylko patrzyłam jak czarownica nakłada sobie moją hennę, "moim" patyczkiem na brwi.
Po kilku minutach, czarownica stwierdziła, że "dosyć tego dobrego" i mokrymi wacikami zmyła mi ciemną maź, po czym wyciągnęła z szuflady jedej z szafek pensetkę i zaczęła mi regulować brwi. 
Wszyscy wiedzą, że jest to zabieg nieprzyjemny. Mnie jednak było naprawdę już wszystko jedno. Chciałam jak najszybciej opuścić ten przybytek tym bardziej, że doleciał mnie zapach smażonej, tłustej kiełbasy. 
Zaczęło mnie mdlić... .
- Elka, tylko nie przypal, bo będzie śmierdziało, a klientka na fotelu - wrzasnęła tym razem prosto w moje lewe oko pani kosmetyczka.
Odsunęła się nieco ode mnie, oceniając swoją pracę, przymykając to jedno, to drugie oko.
- No, fachowo. - pochwaliła się - chce pani lusterko?
- Chciałam powiedzieć, że może lepiej nie, ale... znów wbrew sobie poprosiłam o nie.
Zobaczyłam czarne, ordynarne, grube szyny nad moimi oczami.
- Pięknie. Dziękuję bardzo. Ile płacę?
Zapłaciłam i pożegnałam się czym prędzej. Przemknęłam do klatki schodowej i nie zapalając światła na korytarzu pognałam do mieszkania. 
Usiadłam w kuchni, nerwowo zapaliłam papierosa szybko strzepując popiół na talerzyk. Jeden, drugi, trzeci papieros... . A potem zamknęłam się w łazience, szorowałam moje nieszczęsne brwi... . Trzy dni nie wychodziłam z domu... .