wtorek, 30 kwietnia 2013

Zapiski kapryśnicy (cz.III)


Nie mogę powiedzieć, żebym zawsze miała szczęście... . W szkole, czy to podstawowej czy później, w liceum, zawsze wiadomym było, że w dniu, w którym się urodziłam na pewno zaliczę jakąś „wpadkę”. Czyli – dziesięć jedynek albo dwój w ciągu roku szkolnego (no, bo przecież wakacji nie liczę), to chyba nie jest tak strasznie dużo...?

Ponieważ mam kłopoty ze wzrokiem, zawsze siedziałam w pierwszej ławce. Zresztą, nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało. Ściągać – nigdy nie ściągałam. Wstyd się przyznać, ale... nie potrafiłam. To znaczy... kiedy miałam coś ukradkiem przeczytać, wspomóc się jakąś kartką przyczepioną czy to do zegarka, czy włożoną pod spódniczkę... ręce mi się trzęsły, pociłam się jak mysz, no, bo to przecież skok adrenaliny... i albo źle odczytałam, pomyliłam wzory, albo...

To był sprawdzian z matematyki. Profesor (ten z rybimi oczami) nie miał zwyczaju siedzieć przy swoim nauczycielskim stoliku. Często podchodził do okna i... patrzył w dal... . Nikt nie wiedział, czy kątem oka nie obserwuje klasy.
Ja oczywiście siedziałam w pierwszej ławce. Zadania nie były trudne, trzeba było podstawić odpowiednie wzory... . A mnie oczywiście ze zdenerwowania wszystko się pomyliło. Miałam karteczkę złożoną w harmonijkę, wsuniętą pod pasek od zegarka. Jeden koniec  był do tego paska sprytnie przyczepiony, wystarczyło tylko delikatnie pociągnąć za drugi koniec i wszystko się rozwijało... .

Rozwijało się owszem, przed lekcją... .

Spojrzałam na matematyka, stał do mnie bokiem, wpatrzony w okno... . Niby w każdej chwili mógł się odwrócić, ale... kto nie ryzykuje, ten... .

Pociągnęłam karteczkę... . Chyba jednak zrobiłam to nie dość delikatnie, bo... karteczka z szelestem przedarła się na pół... .

Zobaczyłam rybie oczy wpatrzone we mnie... .
- Lisowska, a ty co? Ściągasz? - zagrzmiał głos matematyka.
Zamarłam... . Poderwałam się z krzesła, zaczęłam zapamiętale drzeć karteczkę na drobniutkie strzępki i wznosząc wzrok do góry wykrzyknęłam:
- O tu, z sufitu... panie psorze... spadła prosto w moje ręce ta karteczka... może kiedyś, ktoś ściągę przygotował... zapomniał... o.... a ja mam zawsze pecha... .

Darłam w dalszym ciągu... cała klasa leżała na swoich ławkach i wyła ze śmiechu. Profesor popatrzył na mnie, na klasę i... odwrócił się z powrotem do okna... tylko mu się ramiona jakoś dziwnie trzęsły... .

Po chwili już z kamienną miną odwrócił się do nas i powiedział:
- Lisowska, ja ci współczuję, ty to masz pecha... naprawdę... siadaj i pisz... . Za dziesięć minut koniec. Spieszcie się... .

Usiadłam, ale cała tajemna wiedza matematyczna kompletnie wyparowała mi z głowy. Dostałam dwóję piękną, czerwoną z zakrętasem.


sobota, 27 kwietnia 2013

Znów tanecznie... Got to dance...

Nie jestem pasjonatką programów typu talent show, chociaż, nie ukrywam, czasami lubię "niezobowiązująco" posłuchać, popatrzeć... .
I tak właśnie "niezobowiązująco" wczoraj obejrzałam program Got to dance - Tylko taniec. 
To już trzeci sezon, ósmy odcinek. Najpierw "przesiewu" dokonuje szanowne jury. Wybierają uczestników (solistów, duetów lub formacji tanecznych), którzy w programach na żywo przedstawiają swoje układy taneczne. 
Jury wprawdzie wyraża swoją opinię, ale decydujący głosy mają (niestety) widzowie... . To oni głosują sms-ami, kto przejdzie do finału. 
Dlaczego niestety? Ano dlatego, że często ci, którzy naprawdę potrafią tańczyć i jest w nich potencjał i talent - nie zostają dopuszczeni do grande finale.
W jury zasiadają: Anna Jujka, Joanna Liszowska, Alan Andersz oraz Michał Malitowski.
Program prowadzą: Maciej Dowbor i Anna Głogowska.
Z ogromną przyjemnością obejrzałam wczorajszy odcinek i... żałuję, że wcześniejszych nie oglądałam.
Moje serce podbiły trzy występy i... tutaj zgadzam się absolutnie z szanownym jury... .
Świetnie tańczyli Szarik i Lolu, męski duet 



Fantastyczna była Paulina Turska, dziewczyna blond o latynoskim temperamencie (wideo poniżej jest z poprzedniego występu)

 


Najlepsi, nie tylko moim zdaniem, ale również zdaniem jury i... na szczęście... głosujących byli DzikiStyl Company. Zresztą... oceńcie sami....




Do finału z tej trójki przeszli geniali DzikiStyl Company. :-)

Przypominam o moim candy... zapraszam do zabawy... klik 

sobota, 20 kwietnia 2013

Zapiski kapryśnicy (cz.II)

W domu rodzice i cała rodzina przykładają ogromną wagę do tradycji. Dlatego szkoły nie ja sobie wybieram, a rodzice. I tak liceum kończyłam to samo, co moje kuzynki i kuzyni. Bo tradycja. I chociaż wcale nie było to liceum najlepsze, a co najgorsze musiałam do niego kawał drogi dojeżdżać, to nie było w ogóle rozmowy. Albo to liceum albo... no, nie wiem co... . Maturę zdałam rok temu. Właściwie, bez żadnych przeszkód. Z egzaminami pisemnymi nie miała wcale problemu, gorzej było na ustnych. Bo ja się okropnie stresuję... . Weszłam na salę, stanęłam przed tą komisją... ten olbrzymi stół przykryty tym strasznym, zielonym suknem... zupełnie jakbym miała się zaraz na nim kłaść, a oni, pochyleni nade mną kroili by mnie jak w prosektorium... brrrrr..... . Na stole leżały rozłożone w kształcie wachlarza karteczki z pytaniami. Jedna z profesorek, z kamienną twarzą, patrząc na mnie przez te swoje okropne, żabie okulary, wskazała karteczki i powiedziała:
- Wybierz jeden zestaw pytań.
Sięgnęłam, ale ręce mi się trzęsły, karteczki przykleiły mi się do palców i... ściągnęłam kilkanaście zestawów na lśniące linoleum... .

Matko, co to było... . Troje profesorów – geografka, biologica i matematyk rzucili się do zbierania karteczek.
Chyba myśleli że może chcę je podmienić, albo nie wiem, zniszczyć, bo zaczęli krzyczeć:
- Odsuń się!
- Zostaw to!
- Nie ruszaj!

Stanęłam z boku i patrzyłam na tę szopkę. Zauważyłam, że biologica była bez butów... . Ale numer... pewnie miała za ciasne, albo niewygodne... . Niestety, przechwyciła mój wzrok, kiedy z rozbawieniem patrzyłam na jej stopy... i już wiedziałam, że łatwo nie będzie... .

Kiedy w końcu pozbierali te tajne karteczki, zdyszani usiedli za stołem, a raczej... usadowili się, kazali mi usiąść w ławce, przeczytać pytania i przygotować się do odpowiedzi.

Usiadłam. Ale nie mogłam się skupić na pytaniach,bo przed oczami miałam cały czas te nieobute stopy profesorki... . Spojrzałam na „ciało pedagogiczne” - matematyk coś szeptał do geografki, biologica... patrzyła na mnie. Niczego nie mogłam wyczytać z jej oczu... .

Nagle zrozumiałam, że przecież muszę zdać ten cholerny egzamin. Uczyłam się i jestem przygotowana. Nawet moja mama, moja troskliwa mama zafundowała mi dziesięć godzin szybkiego repertorium z geografii u wykładowcy z SGPiS-u.
Nie mogę jej zawieść... .
Spojrzałam na kartkę, przeczytałam pytania. Uśmiechnęłam się do siebie... . Jest dobrze.

- Czy jesteś już gotowa? - usłyszałam głos matematyka.
Spojrzałam, czy to do mnie te słowa były skierowane. Matematyk patrzył na mnie tymi swoimi rybimi, zimnymi oczkami.
- Tak – odpowiedziałam i wstałam, cicho odsuwając krzesło.
- To zapraszamy – odrzekł sucho matematyk.

A potem nie pamiętam... . Naprawdę. Wiem, że odpowiedziałam na wszystkie, trzy pytania, profesorowie zaczęli się zastanawiać jaką mi dać ocenę, bo przez całe cztery lata nie byłam orlicą, a tu, na egzaminie tak mi dobrze poszło, geografica chciała obniżyć i dać tróję. Matematyk spuścił głowę i udawał, że nic nie słyszy. I ku memu wielkiemu zdziwieniu, biologica, ta bosonoga, stanęła w mojej obronie. Pani profesor, tak mi strasznie przykro, pomyślałam, że zawsze się wyśmiewałam z pani długich, pstrąkowatych włosów... .

W końcu dostałam czwórkę... .

O wpadce „bosonogiej” nic nikomu nie powiedziałam... . 

cdn...
 

środa, 17 kwietnia 2013

Drewno, skóra i kultura... czyli... candy u mnie

Na dobry początek mojego nowego bloga - ogłaszam pierwsze rozdanie.
Mam dla Was kilka drobiazgów...


Dwie, bardzo stare spinki do włosów (na pewno mają po dwadzieścia kilka lat). Każda z nich jest spinką autorską, jedyną, niepowatarzalną. 
Wykonane z materiałów naturalnych - jedna z drewna, leciutka, zgrabna i druga - ze skóry naturalnej, przyjemna w dotyku. 
Są oczywiście zachowane w stanie doskonałym :-)  


Dwie zakładki do książek - moja radosna twórczość szydełkowa :-)
Zakładki w dwóch rozmiarach - do księgi dużej, albumowej oraz do mniejszej.


I jeszcze dorzucam film produkcji belgijsko-francuskiej "Coco Chanel", świetny portret rewolucyjnej dyktatorki mody z Audrey Tatou w roli tytułowej.


Zasady candy - jak zwykle:

1. Zostaw komentarz pod tym postem potwierdzający chęć udziału w losowaniu.
2. Jeśli prowadzisz bloga - umieść na pasku bocznym podlinkowany poniższy banerek.
3. Jeśli nie masz bloga - w komentarzu zostaw swój adres e-mail.
4. Warunek dodania mnie do ulubionych blogów nie jest konieczny - ale będzie mi bardzo miło... :-)
5. Zgłaszać się możecie do 31maja br.
6. Losowanie i ogłoszenie wyników - 1 czerwca br.


Banerek:


Zapraszam :-)



piątek, 12 kwietnia 2013

Czekolada, czekolada...

12 kwietnia uznawany jest za Światowy Dzień Czekolady.

O historii czekolady pisałam na moim poprzednim blogu, o jej właściwościach - również.
Przypomnijmy sobie kilka cytatów na temat tej słodyczy:

Życie jest jak czekolada, to, co gorzkie, pozwala docenić cukier. 
(Xavier Brebion)

Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. 
(Stanisław Jerzy Lec)

Biochemia dowodzi, że nie ma różnicy pomiędzy miłością a dużą tabliczką czekolady.  
(z filmu "Adwokat diabła")

Jeść samemu czekoladę to tak jak pić samemu wino – okropne. 
(z serialu "Samo życie")

Życie jest jak pudełko czekoladek. Nigdy nie wiadomo na co się trafi.
(Forest Gump)

Życie bez czekolady jest jak plaża bez morza.
(?)

http://www.we-dwoje.pl/p/a/1/1/1/11521/c3/c3_12_kwietnia_8211__dzien_czekolady.jpg 
http://www.we-dwoje.pl/p/a/1/1/1/11521/c3/c3_12_kwietnia_8211__dzien_czekolady.jpg



   

środa, 10 kwietnia 2013

Szukam wiosny czyli... Trochę kultury



Wiosna kalendarzowa już dawno zapisała się datą marcową. Ale, za oknem wcale jej nie widać... . 
Postanowiłam poszukać jej w obrazach mistrzów tych bardziej i... mniej znanych. 

Adolphe William Bouguereau (1825 - 1905)


http://www.galeria.malarstwa.pl/obrazy/1110282.jpg 
 http://www.galeria.malarstwa.pl/obrazy/1110282.jpg

 Wincenty Wodzinowski (1866 - 1940)

http://2.bp.blogspot.com/-NKOq6yMId9M/T4A4DjZ16MI/AAAAAAAAjg0/qWU_kMbdF3I/s1600/____Wiosna.jpg 
http://2.bp.blogspot.com/-NKOq6yMId9M/T4A4DjZ16MI/AAAAAAAAjg0/qWU_kMbdF3I/s1600/____Wiosna.jpg

Józef Chełmoński (1849 - 1914)


http://artyzm.com/obrazy/chelmonski-wiosna-potok.jpg
 http://artyzm.com/obrazy/chelmonski-wiosna-potok.jpg

Vasily Baksheev(1862 - 1958)

http://georgeeliot.files.wordpress.com/2010/02/vasily-baksheev-poczatek-wiosny.jpg
 http://georgeeliot.files.wordpress.com/2010/02/vasily-baksheev-poczatek-wiosny.jpg
Claude Monet (1840 - 1926)

 http://www.oceansbridge.com/paintings/artists/m/claude_monet/big/An_Orchard_in_Spring__1886.jpg 
http://www.oceansbridge.com/paintings/artists/m/claude_monet/big/An_Orchard_in_Spring__1886.jpg


Pierre-Auguste Cot (1837 - 1883)

http://www.paintinghere.com/UploadPic/Pierre-Auguste%20Cot/big/spring.jpg 
http://www.paintinghere.com/UploadPic/Pierre-Auguste%20Cot/big/spring.jpg

Eduard Manet (1832 - 1883)

http://www.nonprints.com/uploadpic/Eduard%20Manet/big/Spring.jpg 
http://www.nonprints.com/uploadpic/Eduard%20Manet/big/Spring.jpg

Pol Ledent (1952)

http://images.fineartamerica.com/images-medium/2-spring-pol-ledent.jpg 
http://images.fineartamerica.com/images-medium/2-spring-pol-ledent.jpg

Ernest Lawson (1893 - 1945)

http://www.oceansbridge.com/paintings/artists/dec2011/Ernest-Lawson/Ernest-Lawson-xx-Spring-Morning-xx-Phillips-Collection.jpg
 http://www.oceansbridge.com/paintings/artists/dec2011/Ernest-Lawson/Ernest-Lawson-xx-Spring-Morning-xx-Phillips-Collection.jpg


Alphonse Maria Mucha (1860 - 1939)

http://4.bp.blogspot.com/-FiPdPWXXx6k/T0-KjumgIrI/AAAAAAAABgU/r6thmzAbrHk/s1600/spring.jpg 
http://4.bp.blogspot.com/-FiPdPWXXx6k/T0-KjumgIrI/AAAAAAAABgU/r6thmzAbrHk/s1600/spring.jpg

poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Trochę kultury...

Wczoraj odbyły się nasze, krajowe eliminacje do Konkursu Eurowizji dla Młodych Tancerzy. Cóż to jest? Otóż Konkurs Eurowizji dla Młodych Tancerzy (Eurovision Young Dancers) jest konkursem organizowanym od 1985 roku co dwa lata przez Europejską Unię Nadawców (EBU). Polska uczestniczy w konkursie od 1993 roku.

W 1991 r. wielki sukces odnieśli bracia Marcin i Dawid Kupińscy. Konkurs odbywał się w Royal Opera House w Londynie.



http://s.v3.tvp.pl/images/5/e/b/uid_5eb2b8c6ddfd1e24265acbd6036ed3541363371444862_width_700_play_0_pos_3_gs_0.jpg
 http://s.v3.tvp.pl/images/5/e/b/uid_5eb2b8c6ddfd1e24265acbd6036ed3541363371444862_width_700_play_0_pos_3_gs_0.jpg

Tegoroczny Konkurs odbędzie się w Gdańsku, w Operze Bałtyckiej 14 czerwca.

To już trzeci raz Polska będzie organizatorem tego wielkiego przedstawienia (poprzednio w 1993 i 2001 roku).

Wczorajsze eliminacje wyłoniły zwycięzcę, który będzie nas reprezentować pośród innych dziewięciu krajów.


W skład jury wchodzili znawcy baletu: Ewa Wycichowska, Jacek Przybyłowicz oraz Grzegorz Pańtak.


Jury miało naprawdę trudne zadanie, ponieważ cała dziesiątka tancerzy była doskonała... .

Każdy z tancerzy zaprezentował swój dwuminutowy układ do dowolnie wybranej muzyki.
Dodam, że wszyscy uczestnicy Konkursu to nie amatorzy, a tancerze parający się tańcem zawodowo w przedziale wiekowym 16 do 21 lat.

Po obejrzeniu wszystkich zaprezentowanych układów, moje serce podbił siedemnastoletni Adrian Radwański. Nawet przez chwilę miałam nadzieję, że to on będzie zwycięzcą, tym bardziej, że pani Ewa Wycichowska porównała go do Barysznikowa... .

 







Publiczność natomiast podbił dwudziestoletni Piotr Stanek i on został wyróżniony jako "Ulubieniec Publiczności".




Jury postanowiło, że Polskę w tym roku w Konkursie Eurowizji dla Młodych Tancerzy reprezentować będzie... Kristof Szabo z Otwocka, który zachwycił między innymi pięknymi piruetami fouette.





Dla niewtajemniczonych w arkana sztuki baletowej: piruet fouette przypomina... kręcącego się bąka. Tancerz obraca się na wysokich palcach cały czas pracując nogą zamachową. Może nie brzmi to...zachęcająco, ale za to wygląda... olśniewająco. Takie piruety wykonują najczęściej baletnice, ale... pani choreograf układu dla Kristofa postanowiła ten element wprowadzić do jego tańca. I chyba bardzo dobrze zrobiła... .


Teraz czekamy do 14 czerwca, kiedy to w Gdańsku odbędzie się wielki finał Konkursu, o czym... nie omieszkam napisać... :-)


piątek, 5 kwietnia 2013

Czytaj, czytaj, czytaj: #1 "Tango dla trojga" Maria Nurowska

Na dobre rozkochałam się w czytaniu książek kilka lat temu. Do czytania chyba jednak trzeba dorosnąć... . Mnie zabrało to trochę czasu, ale, chyba i tu sprawdza się powiedzenie, że...lepiej późno, niż... później... albo wcale... .

Maria Nurowska jest bodaj najbardziej znaną polską, współczesną powieściopisarką. Każda jej powieść jest bestsellerem, tłumaczonym na wiele języków. W swoich powieściach, które czytane są przez pokolenia, Nurowska kreśli portrety kobiet wplątanych w wielkie uczucia... .



"Tango dla trojga" to dla mnie... romans psychologiczny. Nie wiem, czy taki istnieje taki misz-maszowy gatunek literacki, ale, jeśli nie, to... . No właśnie... . Młoda aktorka Ola jest u szczytu sławy. W teatrze, w którym gra, pracuje ze swoim mężem, dużo starszym od niej Zygmuntem. To on "wyłuskał" ją z grona przyszłych aktorów, on wziął za rękę i wprowadził na scenę... . On zostawił dla niej swoją pierwszą żonę, Elżbietę... . 
Ola, będąc już żoną Zygmunta wciąż żyje w poczuciu winy... . Postanawia te winy... odkupić. Dąży do realizacji szalonego nieco pomysłu: na deskach teatru wystawić sztukę o Molierze i jego dwóch kobietach: żonie i kochance. Moliera miałby zagrać Zygmunt, żonę - Elżbieta,kochankę... Ola... . 
Realizacja nie jest łatwa, Ola posuwa się do coraz większych intryg... . Ba, nawet zaprzyjaźnia się z pierwszą żoną męża... .Ale to przyjaźń toksyczna.... 
Młoda kobieta popada w paranoję... fikcja miesza się z realnością... .

Książka pochłania bez reszty. Nie wiem, czy inne powieści Nurowskiej są równie fascynujące... . Ale... na pewno chcę się o tym przekonać... .



środa, 3 kwietnia 2013

Zapiski kapryśnicy (cz. I)

Wakacje zapowiadały się zwyczajnie. Znowu jakiś wyjazd z rodzicami na dwa, trzy tygodnie nad morze albo w góry, pewnie w lipcu, a sierpień – lato w mieście. Wieczory spędzane w dyskotekach z koleżankami, które nie wyjechały. Nuda. A co robić cały dzień? Ile można się tłuc po sklepach i oglądać wciąż te same ciuchy, buty, torby...? Basen? Nawet porządnie popływać nie można. Najwyżej postać w ciepłej zupie... .
Ach, poznać bogatego, przystojnego mężczyznę, rozkochać go w sobie, omamić, okręcić dookoła palca, a potem wyjść za niego za mąż i... wyjechać z tego okropnego grajdoła w świat... . Tak... .
Ale jak z takim imieniem można poznać kogoś fajnego? Ktokolwiek zapyta o moje imię, a ja nie skłamię i powiem prawdę, że nazywam się Zosia... wybucha śmiechem. I od razu docinki, że Zosia Samosia, że staromodne imię... . Bo to prawda. Rodzice, a właściwie mama uparła się na to imię. Bo, po babci. A babcia... fajna, nie mogę powiedzieć, często przynosi mi różne prezenty, ale żeby od razu imię...?
W ogóle oni wszyscy obsypują mnie prezentami. Jasne, że mi się należy. W końcu... na świat się nie prosiłam... .Jak już jestem, to niech mi kupują najlepsze rzeczy... .
Lubię, kiedy przychodzą do nas goście. Najbardziej lubię panią Danusię. Często przychodzi, bo jest najlepszą przyjaciółką mamy. Nigdy nie wrzeszczy na mój widok:
- Jak ty urosłaś, moje dziecko.
No, jeszcze nie rosnę do ziemi... . Jeszcze mam czas... .
Albo też nie zadaje głupich pytań, w stylu:
- No, jak tam w szkole?
Przecież wiadomo, że nudno. We wszystkich szkołach zawsze było nudno... .
Poza tym, pani Danusia zawsze przynosi mi coś słodkiego. Mama zabrania mi jeść słodyczy, bo, jak mówi „dba o moją linię”, ale jak pani Danusia daje mi czekoladę, mama nigdy nie zdąży mi jej odebrać. A ja myk... i jestem już w swoim pokoju. Tak, tak, jasne, że mówię „dziękuję”. Ja w ogóle, jestem podobno „dobrze ułożona”. Ale tylko przy rodzicach. No i w szkole też byłam, żeby się nauczyciele nie czepiali.
Nie, nie, nie przeklinam. Uważam, że dziewczyny nie powinny przeklinać. Nawet jak mnie coś bardzo zdenerwuje, to czasami pod nosem mruknę: „cholerka”. Ale to przecież nie jest przekleństwo, prawda?
Moi rodzice też nie przeklinają. Nigdy. Ani mama ani tato. Ani też nikt z naszej rodziny. Może my jesteśmy jacyś inni? Na ulicy ciągle słyszę, jak to moja kuzynka mówi „wiązankę kwiatów polskich” w przeróżnych sytuacjach, wykrzykiwane przez osoby płci obojga i w bardzo różnym wieku. Może to taka nasza cecha narodowa?
cdn,,,

wtorek, 2 kwietnia 2013

Na dobry początek...

To na dobry początek...: 


Jestem feministką...? Nieee :-)) Nigdy nią zresztą nie byłam... .
Uważam, że model rodziny, gdzie mężczyzna jest głową i to jego zadaniem jest wykarmienie i ubranie oraz nastarczenie na inne...przyjemności środków płatniczych, a żona jest... szyją... i dba o siebie (przede wszystkim), o męża i o dzieci oraz o zwierzaki domowe, nie pracując zawodowo, a pilnuje tzw. "ogniska domowego", jest może przestarzałym, ale...wciąż chyba najlepszym.
Sprawdził się ten model przed wielu laty w wielu rodzinach, sprawdza się i dzisiaj. I wcale kobieta "domowa", czy jak mówiono kiedyś "przy mężu", nie jest kurą domową. Nie jest gospodynią, gosposią ani żadną inną Franią (nazwę zaczerpnęłam... od pralki). Jest po prostu... kobietą nie pracującą.
A jeśli do tego jeszcze kobieta jest na piedestale... a partner ją szanuje... bajka :-) 
I miał być ten wpis zupełnie o czymś innym... .
Miał być o tym, co... będzie na blogu. W przyszłości... .
Będą oprócz moich krótkich felietonów moje recenzje z przeczytanych książek, obejrzanych filmów.
Będzie też... moja radosna twórczość literacka. :-)I tu proszę szczególnie o słowa krytyki. Abym mogła lepiej popracować nad moim piórem... .:-)

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Gwoli wyjaśnienia...

Mój "stary" blog, do którego zawsze będę miała sentyment, jako, że był to...mój pierwszy raz, został zamknięty. Nie znaczy to, że nie będę tam zaglądać... . Będę. Choćby po to, aby poczytać co słychać u moich blogowych Przyjaciół.
Zaczynam nową erę blogową. 
Kura domowa przechodzi do historii.
www.kokocountry.blogpot.com