środa, 17 maja 2017

Czytaj, czytaj, czytaj: #91 "Cena szczęścia" Krystyna Mirek


Cena szczęścia jest drugą z trzech części cyklu Saga rodu Cantendorf.



Jedyny męski potomek rodu Cantendorf jest zaręczony z piękną, młodą, niepokorną i niesforną Kate. Dzieli ich bardzo wiele ale łączy fascynacja ze strony Aleksandra i pierwsza miłość ze strony narzeczonej. Wielu osobom ten mariaż nie podoba się. Kolejne intrygi, podstępne działania i knowania powodują lawinę wypadków, nad którymi już nie można zapanować.

Wychowanie, ogłada, zwyczaje i obyczaje, reguły, od których nie ma odstępstwa nie pomagają w rozwikłaniu problemów.

/.../ zamilkła. Było jej przykro. może to i nic wielkiego, dobry nastrój czy wesoła rozmowa. Ale wychowała się w domu, w którym nigdy tego ni zaznała. Między rodzicami panowało wieczne napięcie, wyczuwalne nawet gdy ze sobą nie rozmawiali. Tęskniła za taką swobodą, jaką prezentowało rodzeństwo Carterów. Żartowali, przekomarzali się i nikt się nie obrażał, nie szukał w zwykłych słowach drugiego dna, nie zastanawiał, czy są stosowne.
/str. 283/

Autorka w drugiej części sagi uchyla rąbka tajemnicy rodu Cantendorf. Jednak na całkowite rozwiązanie trzeba będzie poczekać.

Akcja powieści toczy się równym, szybkim tempem. Nie ma tu zbędnych opisów, niepotrzebnych dialogów "o niczym". A jeśli opisy są, to są one "unowocześnione", co nie przeszkadza w odbiorze.

Czuła, że zostało jej niewiele czasu. Szok, który zadziałał jak silny środek przeciwbólowy, powoli słabł, a umysł, niestety, budził się do przytomności i zaczynał przetwarzać dane oraz wyciągać wnioski.
/str. 309/

Jest w powieści nuta romantyzmu, ale nie kiczu.

Szczęście w ich małżeństwie miało gen wędrowca. Długo chodziło poplątanymi ścieżkami, zanim dotarło do celu. Dobrze, że zdążyło. Tylko czy uda się donieść na miejsce? Czy kiedy przekroczą próg domu, nie wrócą dawne problemy?
/str. 321/

Saga rodu Cantendorf to opowieść przede wszystkim o kobietach. Autorka przedstawia ich różny status społeczny, różny wiek, różne charaktery. Ale w każdej z nich tkwi  ogromna siła i wola walki o szczęście dla siebie i dla najbliższych.

Z niecierpliwością czekam na trzecią część sagi zatytułowaną Prawdziwa miłość.

Polecam tę niezwykle ciekawą i wciągającą opowieść.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki.



piątek, 12 maja 2017

Eurowizja 2017 - przed finałem

Inaczej niż w latach poprzednich, tym razem przedstawię Wam uczestników pierwszego i drugiego półfinału. Mianowicie przedstawię Wam tylko tych, którzy zwrócili moją uwagę :-)


62. Konkurs Piosenki Eurowizji miał miejsce 9. i 11. maja w Kijowie.

Przede wszystkim: prowadzący. Profesjonalni, uroczy, przystojni:
Oleksandr Skiczko, Wołodymyr Odstapczuk oraz Timur Mirosnyczenko. Miło było popatrzeć i posłuchać :-)

Konkurs rozpoczął Szwed, Robin Bengtsson piosenką I Can't Go On, potem była reprezentnatka Gruzji Tamara Gaczecziladze z utworem Keep the Fight i było tak sobie.

Dalej Australia, Albania i kiedy na scenę miała wyjść 17-letnia reprezentantka Belgii, miałam ochotę po prostu wyłączyć TV. Nudy, nudy, nudy!

Ubrana na czarno Belgijka Blanche odśpiewała City Lights. Bez ruchu. Ale za to jak! Pięknym, głębokim głosem... Zresztą, sami popatrzcie i posłuchajcie:




Potem wystąpił reprezentant Czarnogóry (Czarnogórczyk czy Czarnogórzanin?) Slavko Kalezic. Utwór Space został odfałszowany z wygibasami typu body-languange. Obrzydlistwo.

Po nim wystąpiła Norma John z Finlandii, Dihaj z Azerbejdżanu i znów zrobiło mi się nudno i nijako. Po raz kolejny zaczęłam się zastanawiać nad przełączeniem kanału tv.

I nagle - objawienie! Salador Soblar z Portugalii. Czarodziej z piosenką Amar pelos dois:




Tak, tak, tak! To jest mój FAWORYT.

Potem byli reprezentanci Grecji, jako jedenasta wystąpiła nasza Kasia Moś z utworem Flashlight:




Następnie Mołdawia przedstawiła wschodnie hop-siupy, potem była Islandia, całkiem melodyjne Czechy, Cypr, Armenia, Słowenia i w końcu Łotwa. Do końca nikt nie zwrócił mojej szczególnej uwagi.


Drugi półfinał:

Rozpoczęła Serbia. Tijana Bogicevic wykonała utwór zatytułowany In Too Deep, który mnie nie porwał.

Następny był Austriak. Z doświadczenia - nie spodziewałam się niczego rewelacyjnego. I tu spotkało mnie miłe rozczarowanie :-) Nathan Trent świetnym głosem (takim pełnym, głębokim, mocnym), stojąc na księżycu :-) zaśpiewał Running on Air. Posłuchajcie:




Potem reprezentantka Malty wykonała balladę rodem z Pocahontas, następnie był rap jodujący z Rumunii! Przedstawiam Wam jako ciekawostkę: Ilinca i Alex Forea w utworze Yodel it!:




Na uwagę zasługują siostry z Holandii. O'G3NE, tak się nazywa ich zespół, a zaśpiewały Lights and Shadows. I to nie sama piosenka jest warta uwagi, a pięknie zgrane głosy trzech pań:





Potem był cygański rap w wykonaniu węgierskim, który również zasługuje na uwagę - Joci Papai w piosence Origo:




Następnie była reprezentantka Danii, a po niej młodziutki chłopaczek z Irlandii, Brendand Murray, który stojąc w balonie zaśpiewał piękną "pościelówę" zatytułowaną Dying To Try. Musicie to zobaczyć tym bardziej, że nie zaśpiewa w finale:




Po Irlandczyku wystąpiła ruda z murzynem z San Marino, po czym - rewelacja! Chorwat o dwóch głosach! Jacques Houdek wykonał utwór My Friend:




Potem byli muzycy w kapturach z Norwegii, reprezentanci Szwajcarii, Białorusi, chłopak w deszczu z Bułgarii, Litwini i duet z Estonii, których chciałabym Wam przedstawić ale nie ze względu na to, żeby mi się niezwykle podobali, ale ze względu na to, że wykonali utwór typowo eurowizyjny. A co ciekawe - do finału nie przeszli. Koit Toome i Laura i Verona:




Drugi półfinał zakończył występ izraelskiego wojskowego "ciacha".

Na podsumowania jeszcze jest za wcześnie. Czekam na sobotni finał, w którym wystąpią oprócz dwudziestki, zakwalifikowanej do sobotniego wieczoru, Wielka Piątka (Francja, Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania i Włochy) oraz reprezentant Białorusi.



wtorek, 2 maja 2017

Czytaj, czytaj, czytaj: #90 "Tajemnica zamku" Krystyna Mirek




Tajemnica zamku to pierwszy z trzech tomów cyklu Saga rodu Cantendorf.






Tajemnica zamku wymagała krwi
/str. 327/

XIX-wieczna Anglia. Zamek Cantendorf owiany jest tajemnicą. Panujący tam hrabia Aleksander pod czarną rękawicą nosi ślady mrocznej przeszłości. Czterokrotnie owdowiały przystojny, młody i pełen uroku właściciel posiadłości pragnie mieć dziedzica. Jednak na drodze ku szczęściu stają kolejno czarne charaktery.

Lekka, pełna prześmiewczego humoru obyczajowo-kryminalno-romantyczna powieść jest wspaniale skonstruowaną satyrą na wszystkie tanie romansidła.

Kate była w tym względzie o wiele lepiej wyedukowana. Podejrzała co trzeba już jako jedenastolatka. Przesiadywanie w ukryciu za beczką z kapustą pod kuchennymi schodami też mocno wzbogaciło jej wiedzę o życiu, mężczyznach i małżeństwie.
Podsumowała sobie te opowieści i wyciągnęła wnioski. Według niej sprawa zamążpójścia była z góry przegrana. Doświadczenie innych mówiło wyraźnie, że związki z miłości umierają z powodu braku pieniędzy, a te z rozsądku zamieniają życie w uczuciową pustynię. Takie zaś, w których stabilizacja majątkowa łączy się ze szczerym uczuciem, są jak złoty smok. Podobno istnieje, ale nikt go nie widział.
/str. 116/

Świetnie napisana powieść oddająca ducha czasu, tamtejsze tradycje i obyczaje, ze spokojnie płynącą akcją (co nie oznacza, że nudno) jest zapowiedzią kolejnych niespodzianek.

Jeśli ktoś jest damą w głębi serca, zamek sam się dla niego znajdzie. Te słowa często powtarzała dawna lady Cantendorf i właśnie teraz przypomniały się gospodyni. Westchnęła. Gdyby nie ciążąca na tym miejscu tajemnica, można by powiedzieć, że hrabia znalazł wreszcie idealną kandydatkę na żonę.
/str. 345/

Z ogromną przyjemnością przeczytam dwa kolejne tomy sagi: Cenę szczęścia oraz Prawdziwą miłość.

Polecam tę naprawdę wciągającą, ciekawą opowieść.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Edipresse Książki.




poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Operetka! - "Wesoła wdówka"

Nigdy nie przepadałam za operetką czyli "muzą podkasaną", jak mawiał Stefan Wiechecki-Wiech.

I nagle miałam okazję obejrzeć na Mezzo Wesołą wdówkę Franza Lehara.



Wystawiona przez Metropolitan Opera pod batutą Adrew Davis'a w przepięknej scenografii, operetka swoją scenografią i kostiumami oddała czas i atmosferę tamtych lat.

Wesoła wdówka, operetka w trzech aktach, swoją premierę miała w 1905 roku w Wiedniu.




Hanna Glawari, córka ubogiego dzierżawcy, osiem dni po ślubie zostaje wdową. Mąż  w spadku zostawia jej ogromny majątek. Jako młoda, piękna i zamożna, wolna kobieta, wyjeżdża do Paryża z zamiarem ponownego zamążpójścia. To oczywiście wywołuje niemałe emocje.
Ślub z Francuzem zapewne nadwerężyłby i tak już nie najlepszą sytuację finansową księstwa Pontevedro, dlatego lepiej, aby Hanna wyszła za mąż za rodaka.
W całą intrygę wciągnięte jest przedstawicielstwo dyplomatyczne księstwa w Paryżu. Tam odbywa się urodzinowe przyjęcie. Wdowa staje się oczywiście obiektem zainteresowania wszystkich panów. Ale tylko dwaj mają szanse: dawna miłość Hanny - hrabia Daniłowicz (kobieciarz i lekkoduch) oraz Camille de Rosillon.

Jak to w operetce bywa, historia jest zabawna, lekka, pełna humoru.

Przepiękne głosy: Renee Fleming w roli Hanny, Nathan Gunn jako Daniłowicz oraz Alek Shrader w roli Camille de Rosillon  sprawiły, że pokochałam operetkę!




Operetka została nagrana w Metropolitan Opera 17 stycznia 2015, program reżyserował Gary Halvorson.




sobota, 15 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017


Moim stałym Czytelnikom
oraz tym, którzy tu zaglądają przez przypadek,
z okazji Zmartwychwstania Pańskiego
życzę radosnych, zdrowych Świąt Wielkiej Nocy,
spędzonych w gronie Rodziny i Przyjaciół,
w atmosferze miłości, radości i pokoju.

Wesołego Alleluja!


piątek, 31 marca 2017

Czytaj, czytaj, czytaj: #89 "Kobiety ciężkich obyczajów" Natasza Socha

Kobiety ciężkich obyczajów, trzecia i ostatnia część cyklu Matki czyli córki, swoją premierę miała 2 marca 2017 roku.




Kunegunda, Kwiryna, Konstancja, Kalina i Kira. Pięć pokoleń, pięć różnych kobiet i jakże skomplikowane relacje między nimi. Wszystkie je łączy jednak oprócz więzów krwi, mocna cecha charakteru: niezależność i pewność siebie.
To kobiety, które bawią się mężczyznami. Femme fatale czy modliszki?

Autorka przeplata przeszłość z teraźniejszością, łączy wątki z poprzednich dwóch części cyklu. Pisze o naprawdę nierzadko trudnych relacjach damsko-męskich z niebywałą lekkością i niewielką domieszką humoru.

Zabrakło mi jednak psychologicznego portretu bohaterek, pokazania ich skrywanych uczuć. W poprzednich częściach trylogii, Natasza Socha pięknie kreśliła owe portrety. Czyżby nastąpił nieznaczny, mam nadzieję, że chwilowy, spadek formy jednej z moich ulubionych polskich Pisarek?

Niemniej gorąco polecam tę książkę.

Za możliwość jej przeczytania dziękuję Wydawnictwu Pascal.




wtorek, 14 marca 2017

Języki obce z Colorful Media - English Matters 20/2017; 21/2017 - wydania specjalne


O Wydawnictwie Colorful Media pisałam w tym miejscu.

Dzisiaj przedstawiam dwa wydania specjalne:

English matters 20/2017 - wydanie specjalne o mówieniu w języku angielskim:


A w nim:

niedziela, 12 marca 2017

Opera, opera! - La Traviata

Jak to zwykle bywa, całkiem przypadkiem natrafiłam wczoraj na kanał tv mezzo.  A tam - La Traviata mojego ulubionego Giuseppe Verdi.



Nie przepadam za unowocześnianiem - tu mam na myśli scenografię i kostiumy - spektakli zarówno teatralnych jak i muzycznych. Ale, co tam. To przecież Verdi! To jedna z moich ulubionych oper: La Traviata!

Tym razem z Glyndebourne zagrała London Philharmonic Orchestra pod batutą Marka Eldera.

Rolę kurtyzany Violetty Valery objęła przecudnym sopranem Venera Gimadieva,  jej kochanka Alfreda Germont przedstawił wspaniałym tenorem Michael Fabiano.

Ta opera z 1853 roku oparta jest na Damie kameliowej Alexandra Duma (syna). Akcja rozgrywa się gdzieś pod Paryżem w drugiej połowie XIX wieku.

La Traviata to trzecia opera po Rigoletto i Trubadur z cyklu Trilogia popolare.

Mnie zawsze ujmuje cudowna muzyka tak pięknie oddająca charaktery bohaterów tego dramatu. A szczególnie pierwszy akt jest dla mnie najpiękniejszy.

Warto zwrócić uwagę na niebanalne libretto, które to La Traviata zawdzięcza oczywiście Dumas'owi.

To w pierwszym akcie możemy usłyszeć Libiamo...


...Mniej znaną arię Follie! Follie! Delivio vono questo! Tu w wykonaniu Mirelli Freni...




... I na koniec jeszcze Maria Callas i Sempre libera...




Uczta dla duszy.