Premiera najnowszej powieści Augusty Docher Najlepszy powód, by żyć zaplanowana jest na 27 września.
Najlepszy powód, by żyć to powieść z gatunku New Adult.
Szesnastoletnia Dominika ulega wypadkowi. Przez pomyłkę. Jej ciało jest w pięćdziesięciu procentach poparzone. Rozpoczyna się walka o życie. Jej walka, walka lekarzy i jej najbliższych.
Życie "tu i teraz" jest całkiem odmienne od tego, które toczyło się "tam i kiedyś". Inne, ale czy gorsze? Nie wiem, co tworzy nasze życie, ale jeśli to ludzie nas otaczający, to tu jest lepiej mimo cierpienia, bólu i wciąż pojawiających się nowych wyzwań. Przypomina mi się film "Skazani na Shawshank" i jeden z bohaterów, który popełnia samobójstwo kilka dni po opuszczeniu więzienia. Teraz go rozumiem. Nie potrafił żyć poza murami, a ja chyba też nie potrafię wrócić do "tam i kiedyś". Nic mnie nie kusi.
/str. 74/
Powieść podzielona jest rozdziałami na Przedtem i Teraz. Dwoje narratorów pozwala na dogłębniejsze przyjrzenie się bohaterom, ich odczuciom, przeżyciom i przemyśleniom.
Autorka niezwykle sumiennie przygotowała się do podjęcia tak trudnego problemu poruszanego w powieści. Poczynając od nazewnictwa medycznego, poprzez odczucia fizyczne, opcje leczenia, możliwe powikłania, rehabilitację, a skończywszy na aspekcie psychologicznym - uczuciach, jakie towarzyszyły podczas i po wypadku oraz wszelkich stanach emocjonalnych.
To nie jest zwykła powieść o miłości, chociaż jej siła odgrywa tutaj ogromną rolę. Tym bardziej, że miłość u Augusty Docher ma różne oblicza. To opowieść przede wszystkim o próbie pogodzenia się z nowymi okolicznościami, w jakich przyszło żyć bohaterce, to opowieść o akceptacji, o wybaczaniu i o zaufaniu.
Najlepszy powód, by żyć napisana jest prostym językiem. Czasem ironicznym, czasem nostalgicznym a czasem również i brutalnym. Próżno by szukać tutaj wymyślnych czy finezyjnych opisów sytuacyjnych. Akcja toczy się stałym, szybkim tempem. Nie ma czasu na zniechęcenie czy nudę.
Polecam tę powieść nie tylko starszej młodzieży, ale również wszystkim dorosłym.
A za możliwość przeczytania powieści dziękuję Wydawnictwu Znak Literanova.
Przydatne linki:
http://www.empik.com/najlepszy-powod-by-zyc-docher-augusta,p1147394450,ksiazka-p
poniedziałek, 28 sierpnia 2017
sobota, 26 sierpnia 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #98 "Niewyznane grzechy siostry Juany" Kyra Galvan
Niewyznane grzechy siostry Juany to debiut meksykańskiej poetki Kyry Galvan.
Duma narodowa i ogromny autorytet w Meksyku: siostra Juana inés de la Cruz, zakonnica profeska i klauzurowa z Klasztoru Świętej Pauli Zakonu Świętego Hieronima. Poetka, pisarka, malarka, kompozytorka. Jak na XVII wiek, kobieta niezwykle wykształcona. Studiowała bowiem gramatykę, retorykę, medycynę i anatomię.
Jej siostrzenica Isabel María de San José w swoich dziennikach spisywała losy ciotki, słuchając jej opowieści, siedząc nocami w klasztornej celi.
Na manuskrypty natrafia, jak się potem okaże, nie całkiem przypadkowo, Laura Ulloa, która w Generalnym Archiwum Indii Zachodnich w Sewilli przygotowuje materiały do pracy doktorskiej.
Prowadzona dwutorowo opowieść oprowadza nas po siedemnastowiecznym mieście Meksyku, odzierając go ze wszelkich złudzeń.
Jest tu bogactwo i bieda, szara rzeczywistość i bajkowy dobrobyt, miłość i nienawiść, zawiść i zazdrość.
Miłość robi uniki. Omija nas raz i drugi. Chowa się pod rozmaitymi maskami, a im więcej jej szukamy, tym więcej podbija swą wartość. Gdy jesteśmy młodzi, płacimy wielką cenę, albowiem wierzymy, że miłość uczyni nas szczęśliwymi. Ale w wieku dojrzałym, kiedy przeżyliśmy już wystarczająco dużo, by patrzeć na wszystko spokojniej i bez emocji, odkrywamy, że miłość jest tak inna, iż przeliczać ją trzeba na chwile, minuty i potrzeba łutu szczęścia, by można nią było wypełnić godziny, wszystko inne nie jest miłością.
Wciągnęła mnie ta opowieść niezwykle. Jest i romantyzm i erotyzm, ale i jest wątek kryminalny. To powieść i historyczna i współczesna, obyczajowa. Jest tu mnóstwo zagadek, niedopowiedzeń i tajemnic.
Ta książka jest niezwykła. Gorąco ją polecam.
Duma narodowa i ogromny autorytet w Meksyku: siostra Juana inés de la Cruz, zakonnica profeska i klauzurowa z Klasztoru Świętej Pauli Zakonu Świętego Hieronima. Poetka, pisarka, malarka, kompozytorka. Jak na XVII wiek, kobieta niezwykle wykształcona. Studiowała bowiem gramatykę, retorykę, medycynę i anatomię.
Jej siostrzenica Isabel María de San José w swoich dziennikach spisywała losy ciotki, słuchając jej opowieści, siedząc nocami w klasztornej celi.
Na manuskrypty natrafia, jak się potem okaże, nie całkiem przypadkowo, Laura Ulloa, która w Generalnym Archiwum Indii Zachodnich w Sewilli przygotowuje materiały do pracy doktorskiej.
Prowadzona dwutorowo opowieść oprowadza nas po siedemnastowiecznym mieście Meksyku, odzierając go ze wszelkich złudzeń.
Jest tu bogactwo i bieda, szara rzeczywistość i bajkowy dobrobyt, miłość i nienawiść, zawiść i zazdrość.
Miłość robi uniki. Omija nas raz i drugi. Chowa się pod rozmaitymi maskami, a im więcej jej szukamy, tym więcej podbija swą wartość. Gdy jesteśmy młodzi, płacimy wielką cenę, albowiem wierzymy, że miłość uczyni nas szczęśliwymi. Ale w wieku dojrzałym, kiedy przeżyliśmy już wystarczająco dużo, by patrzeć na wszystko spokojniej i bez emocji, odkrywamy, że miłość jest tak inna, iż przeliczać ją trzeba na chwile, minuty i potrzeba łutu szczęścia, by można nią było wypełnić godziny, wszystko inne nie jest miłością.
Wciągnęła mnie ta opowieść niezwykle. Jest i romantyzm i erotyzm, ale i jest wątek kryminalny. To powieść i historyczna i współczesna, obyczajowa. Jest tu mnóstwo zagadek, niedopowiedzeń i tajemnic.
Ta książka jest niezwykła. Gorąco ją polecam.
wtorek, 22 sierpnia 2017
Języki obce z Colorful Media - English Matters 23/2017 - wydanie specjalne
O Wydawnictwie Colorful Media pisałam w tym miejscu.
Dzisiaj przedstawiam najnowsze wydanie specjalne:
English Matters - Food - Eat to live, live to eat:
A w nim:
niedziela, 20 sierpnia 2017
Top fo the Top Festival Sopot 2017 - po dwóch dniach
Po dwóch latach powrócił Top of the Top Festival Sopot 2017.
Dzień pierwszy (piątek, 18 sierpnia) upłynął pod znakiem piosenek o miłości. I przyznam szczerze, że podobał mi się ten wieczór.
Prowadzący ten wieczór - Magda Mołek i Oliwier Janiak - w sposób nienarzucający prezentowali wykonawców. Piękni i z ogromną klasą.
Dziewiętnastu wykonawców wykonało po dwa utwory.
I tak, koncert rozpoczął Feel piosenką Jest już ciemno.
Natalia Schroeder nie zrobiła na publiczności specjalnie ogromnego wrażenia.
Kasia Stankiewicz... Słychać jej prawie nie było, a jeśli już, to widać, że się biedna męczyła, była jakby poza dźwiękiem. Za to było widać jej piękne nogi.
Oddział Zamknięty porwał publiczność Andzią.
Potem była pierwsza z trzech króciutkich, bo tylko piętnastominutowych przerw.
A po przerwie na scenie pojawił się Michał Szpak, który skradł cały show tego wieczoru. Perfekcyjnie, bezbłędnie wykonał swój wielki przebój Color of Your Life.
Kasia Kowalska przypomniała Antidotum i To co dobre. Beznamiętnie i z bardzo smutną miną. Ale bezbłędnie.
Margaret... No, co ja zrobię, że lubię tę dziewczynę. Ma swój niepowtarzalny styl. I mimo, że jak na warunki festiwalowe, zbyt długo zajęła publiczność swoimi wynurzeniami, co pozostawiło niesmak, to jednak wypadła nie najgorzej pośród całej plejady gwiazd tego wieczoru.
Andrzej Krzywy z De Mono przypomniał dwa świetne przeboje Moje miasto i Kochać inaczej.
I znów przerwa.
A po reklamach pojawiło się największe rozczarowanie, które miało być "gwoździem programu": Edyta Górniak. Odśpiewała dwa covery: Wicked game i Without you.
I tu muszę wtrącić parę słów co do drugiego utworu. Słynną piosenkę o miłości utraconej śpiewało wykonawców wielu.
Without you jest utworem brytyjskiej grupy rockowej Badfinger, my znamy jednak ją przede wszystkim z wykonania Harry'ego Nilsona.
Śpiewała ją również Mariah Carey.
Uwielbiam ten utwór, mam do niego ogromny sentyment.
To, co zrobiła z nim Edyta Górniak, to po prostu wstyd. Ponoć było to jej pierwsze, publiczne wykonanie. I mam nadzieję, że ostatnie.
Potem było już tylko lepiej.
Pectus rozmarzył Sopot swoim przebojem To, co chciałbym ci dać. A potem Barceloną przypomniał o czwartkowej tragedii.
Agnieszka Chylińska, jak za dawnych lat, baaardzo rockowa w wyglądzie i w brzmieniu zaśpiewała Królową łez i Winną.
Kancelarya przypomniał Zabiorę cię tam, Gabriel Fleszar - Kroplą deszczu zakończył drugą część koncertu.
Trzecia część brzmiała bardzo poprawnie, choć nie było specjalnych porywów serca.
Wystąpili Bracia, Farba, LemON, wiecznie młoda Izabela Trojanowska, Mariusz Totoszko, Kuba Molęda oraz Rafał Brzozowski - ta muzyka była przeznaczona dla młodszych semestrów, wyznania miłosne w tym wykonaniu, nie przekonały mnie (oprócz oczywiście Trojanowskiej i Brzozowskiego) :-)
Dzień drugi (sobota, 19 sierpnia):
Ten wieczór minął pod znakiem "dance... Morze przebojów".
Prowadzący Gabi Drzewiecka i Filip Chajzer byli, moim skromnym zdaniem, największym nieporozumieniem tego wieczoru. Tanie, nie na miejscu, dowcipy, sztuczne dialogi. Ale, co kto lubi...
Rey Ceballo i Mariusz Totoszko rozpoczęli wielkim przebojem tegorocznego lata Despacito. Ale brzmieli nijak. Nie porwali do tańca publiczności.
Kombi i Słodkiego, miłego życia rozhuśtali widownię.
Natalia Nykiel wystąpiła w kurtce pomocy drogowej (chyba). O jej głosie i wykonaniu wolę nie pisać.
A potem była cudna Ania Wyszkoni. Miło było popatrzeć i posłuchać.
Humor od razu zepsuła mi Alicja Ruchała w skrzydłach anioła. Brrrr....
Nastąpiła zbawienna przerwa i zaczęłam się zastanawiać, czy kontynuować oglądanie tego "przedstawienia". Bo co może mnie jeszcze miłego zaskoczyć?
Kayah? Banda i Wanda - swoją drogą, ciekawe jak się trzyma? Blue Cafe - najwyżej dłuższymi nogami?
Odczekałam piętnastominutowe reklamy i na ekranie pojawił się Mr. Zoob ze starym, z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przebojem Kawałek podłogi.
No, to jeszcze obejrzę trochę...
Blue Cafe. Trzy piosenki: Do nieba, Zapamiętaj i Buena. Przy czym pierwszą jednak wolę zdecydowanie w wykonaniu Tatiany Okupnik. Bo niestety, Dominika Gawęda ma piękne nogi, ale z głosem już nie jest tak pięknie.
To jeszcze kawałek...
Agustin Egurola próbuje nauczyć widownię tańca. Może przeżyję. :-)
Andrzej Piaseczny znów rozkołysał widownię balladą Chodź, przytul, przebacz.
Przekonałam się, że Wanda Kwietniewska z zespołu Banda i Wanda wygląda po prostu świetnie. Ząb czasu jej nie rusza. :-)
A potem było reggae. Mesajah i utwór Wolne.
Po kolejnej przerwie na scenie pojawiła się Kayah. Fajna kreacja i śpiew, w który widać, że piosenkarka wkłada dużo serca. Brawo!
I to niewątpliwie Kayah była gwiazdą tego wieczoru. :-)
Nastrój pogorszył mi się od razu, kiedy zobaczyłam Cleo. Nie ta klasa, nie ten głos, nie ten temperament.
I już zdecydowanie nie było tak pięknie. Po Cleo wystąpił Mandee z Marią Mathea.
Zasnęliście kiedyś na koncercie?
Nawet Egurola nie poprawił mi nastroju, kiedy znów próbował nauczyć widownię tańczyć.
Potem była znów smutna Kasia Kowalska. A miało być tanecznie, czy mi się tylko tak wydawało?
Nie, nie mogłam patrzeć więcej na grubego, krótkonogiego Egurolę.
Wyłączyłam tv.
Dzisiaj, w niedzielę wieczorem - trzecia, ostatnia część festiwalu - kabarety. Niestety, nie będzie transmisji w tv. A szkoda, bo zapowiada się dobra zabawa. Wystąpią Piotr Bałtroczyk, Kabaret Ani Mru-Mru, Kabaret Młodych Panów, Cezary Pazura, Kabaret Smile, Marcin Daniec, Rudi Schubert, Kabaret Łowcy B i Grzegorz Halama.
Dzień pierwszy (piątek, 18 sierpnia) upłynął pod znakiem piosenek o miłości. I przyznam szczerze, że podobał mi się ten wieczór.
Prowadzący ten wieczór - Magda Mołek i Oliwier Janiak - w sposób nienarzucający prezentowali wykonawców. Piękni i z ogromną klasą.
Dziewiętnastu wykonawców wykonało po dwa utwory.
I tak, koncert rozpoczął Feel piosenką Jest już ciemno.
Natalia Schroeder nie zrobiła na publiczności specjalnie ogromnego wrażenia.
Kasia Stankiewicz... Słychać jej prawie nie było, a jeśli już, to widać, że się biedna męczyła, była jakby poza dźwiękiem. Za to było widać jej piękne nogi.
Oddział Zamknięty porwał publiczność Andzią.
Potem była pierwsza z trzech króciutkich, bo tylko piętnastominutowych przerw.
A po przerwie na scenie pojawił się Michał Szpak, który skradł cały show tego wieczoru. Perfekcyjnie, bezbłędnie wykonał swój wielki przebój Color of Your Life.
Kasia Kowalska przypomniała Antidotum i To co dobre. Beznamiętnie i z bardzo smutną miną. Ale bezbłędnie.
Margaret... No, co ja zrobię, że lubię tę dziewczynę. Ma swój niepowtarzalny styl. I mimo, że jak na warunki festiwalowe, zbyt długo zajęła publiczność swoimi wynurzeniami, co pozostawiło niesmak, to jednak wypadła nie najgorzej pośród całej plejady gwiazd tego wieczoru.
Andrzej Krzywy z De Mono przypomniał dwa świetne przeboje Moje miasto i Kochać inaczej.
I znów przerwa.
A po reklamach pojawiło się największe rozczarowanie, które miało być "gwoździem programu": Edyta Górniak. Odśpiewała dwa covery: Wicked game i Without you.
I tu muszę wtrącić parę słów co do drugiego utworu. Słynną piosenkę o miłości utraconej śpiewało wykonawców wielu.
Without you jest utworem brytyjskiej grupy rockowej Badfinger, my znamy jednak ją przede wszystkim z wykonania Harry'ego Nilsona.
Śpiewała ją również Mariah Carey.
Uwielbiam ten utwór, mam do niego ogromny sentyment.
To, co zrobiła z nim Edyta Górniak, to po prostu wstyd. Ponoć było to jej pierwsze, publiczne wykonanie. I mam nadzieję, że ostatnie.
Potem było już tylko lepiej.
Pectus rozmarzył Sopot swoim przebojem To, co chciałbym ci dać. A potem Barceloną przypomniał o czwartkowej tragedii.
Agnieszka Chylińska, jak za dawnych lat, baaardzo rockowa w wyglądzie i w brzmieniu zaśpiewała Królową łez i Winną.
Kancelarya przypomniał Zabiorę cię tam, Gabriel Fleszar - Kroplą deszczu zakończył drugą część koncertu.
Trzecia część brzmiała bardzo poprawnie, choć nie było specjalnych porywów serca.
Wystąpili Bracia, Farba, LemON, wiecznie młoda Izabela Trojanowska, Mariusz Totoszko, Kuba Molęda oraz Rafał Brzozowski - ta muzyka była przeznaczona dla młodszych semestrów, wyznania miłosne w tym wykonaniu, nie przekonały mnie (oprócz oczywiście Trojanowskiej i Brzozowskiego) :-)
Dzień drugi (sobota, 19 sierpnia):
Ten wieczór minął pod znakiem "dance... Morze przebojów".
Prowadzący Gabi Drzewiecka i Filip Chajzer byli, moim skromnym zdaniem, największym nieporozumieniem tego wieczoru. Tanie, nie na miejscu, dowcipy, sztuczne dialogi. Ale, co kto lubi...
Rey Ceballo i Mariusz Totoszko rozpoczęli wielkim przebojem tegorocznego lata Despacito. Ale brzmieli nijak. Nie porwali do tańca publiczności.
Kombi i Słodkiego, miłego życia rozhuśtali widownię.
Natalia Nykiel wystąpiła w kurtce pomocy drogowej (chyba). O jej głosie i wykonaniu wolę nie pisać.
A potem była cudna Ania Wyszkoni. Miło było popatrzeć i posłuchać.
Humor od razu zepsuła mi Alicja Ruchała w skrzydłach anioła. Brrrr....
Nastąpiła zbawienna przerwa i zaczęłam się zastanawiać, czy kontynuować oglądanie tego "przedstawienia". Bo co może mnie jeszcze miłego zaskoczyć?
Kayah? Banda i Wanda - swoją drogą, ciekawe jak się trzyma? Blue Cafe - najwyżej dłuższymi nogami?
Odczekałam piętnastominutowe reklamy i na ekranie pojawił się Mr. Zoob ze starym, z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, przebojem Kawałek podłogi.
No, to jeszcze obejrzę trochę...
Blue Cafe. Trzy piosenki: Do nieba, Zapamiętaj i Buena. Przy czym pierwszą jednak wolę zdecydowanie w wykonaniu Tatiany Okupnik. Bo niestety, Dominika Gawęda ma piękne nogi, ale z głosem już nie jest tak pięknie.
To jeszcze kawałek...
Agustin Egurola próbuje nauczyć widownię tańca. Może przeżyję. :-)
Andrzej Piaseczny znów rozkołysał widownię balladą Chodź, przytul, przebacz.
Przekonałam się, że Wanda Kwietniewska z zespołu Banda i Wanda wygląda po prostu świetnie. Ząb czasu jej nie rusza. :-)
A potem było reggae. Mesajah i utwór Wolne.
Po kolejnej przerwie na scenie pojawiła się Kayah. Fajna kreacja i śpiew, w który widać, że piosenkarka wkłada dużo serca. Brawo!
I to niewątpliwie Kayah była gwiazdą tego wieczoru. :-)
Nastrój pogorszył mi się od razu, kiedy zobaczyłam Cleo. Nie ta klasa, nie ten głos, nie ten temperament.
I już zdecydowanie nie było tak pięknie. Po Cleo wystąpił Mandee z Marią Mathea.
Zasnęliście kiedyś na koncercie?
Nawet Egurola nie poprawił mi nastroju, kiedy znów próbował nauczyć widownię tańczyć.
Potem była znów smutna Kasia Kowalska. A miało być tanecznie, czy mi się tylko tak wydawało?
Nie, nie mogłam patrzeć więcej na grubego, krótkonogiego Egurolę.
Wyłączyłam tv.
Dzisiaj, w niedzielę wieczorem - trzecia, ostatnia część festiwalu - kabarety. Niestety, nie będzie transmisji w tv. A szkoda, bo zapowiada się dobra zabawa. Wystąpią Piotr Bałtroczyk, Kabaret Ani Mru-Mru, Kabaret Młodych Panów, Cezary Pazura, Kabaret Smile, Marcin Daniec, Rudi Schubert, Kabaret Łowcy B i Grzegorz Halama.
wtorek, 1 sierpnia 2017
Języki obce z Colorful Media - English Matters 65/2017; Deutsch Aktuell 83/2017
O Wydawnictwie Colorful Media możecie przeczytać w tym miejscu.
Dzisiaj przedstawiam wakacyjne, lipcowo-sierpniowe wydania magazynów.
English Matters 65/2017:
A w nim:
wtorek, 18 lipca 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #97 "Osobliwość ciszy" Alicja Masłowska-Burnos
Osobliwość ciszy to trzecia, ostatnia część Trylogii Ciszy autorstwa Alicji Masłowskiej-Burnos.
O dwóch poprzednich częściach: Nie wchodź w moją ciszę (1) pisałam tutaj, Odprowadzam ciszę (2) pisałam tutaj.
/.../ ona kolejna zatapia się w osobliwości ciszy, kaleczy ją osobliwość ciszy. /.../ Ilu nas jeszcze okaleczy osobliwość ciszy - zanim to piekło się skończy?
/str. 155/
Maja w dalszym ciągu musi zmierzyć się z demonami przeszłości. Jjest szczęśliwą żoną i matką, zadowoloną właścicielką Euforii. Jednak wciąż w głowie tkwią tragiczne zdarzenia sprzed lat, które jeszcze nie jeden raz przypomną o sobie.
Przeszłość nie jest krainą, którą tak łatwo opuścić.
/str. 24/
I ten cytat dokładnie oddaje myśl przewodnią trzeciej części Trylogii Ciszy.
Osobliwość ciszy poprowadzona jest w dwóch przedziałach czasowych. Autorka wraca niejednokrotnie do przeszłości głównej bohaterki, do wydarzeń, które odcisnęły piętno na psychice Mai.
Powieść, szczególnie ta trzecia część napisana jest z ogromnym rozmachem. Świadczy o rozwoju talentu Alicji Masłowskiej-Burnos. Ten psychologiczny thriller trzyma czytelnika w napięciu od pierwszych stron aż do samego końca, do Epilogu.
Na uwagę zasługują bardzo rozbudowane, przemyślane, żywe dialogi. Szczególnie te prowadzone między "businessmenami", twarde, męskie, niepozbawione wulgaryzmów, ale za to jakże prawdziwe.
Główna bohaterka znów dostarcza nam ogromnych emocji przez zwykłą sympatię, zainteresowanie, czasami współczucie, aż do złości i bezradnej litości.
Akcja w dalszym ciągu toczy się szybkim tempem, nagłe zmiany sytuacji są nierzadko bardzo zaskakujące.
Polecam ten thriller szczególnie tym, którzy mają stalowe nerwy.
Za książkę dziękuję Autorce.
O dwóch poprzednich częściach: Nie wchodź w moją ciszę (1) pisałam tutaj, Odprowadzam ciszę (2) pisałam tutaj.
/.../ ona kolejna zatapia się w osobliwości ciszy, kaleczy ją osobliwość ciszy. /.../ Ilu nas jeszcze okaleczy osobliwość ciszy - zanim to piekło się skończy?
/str. 155/
Maja w dalszym ciągu musi zmierzyć się z demonami przeszłości. Jjest szczęśliwą żoną i matką, zadowoloną właścicielką Euforii. Jednak wciąż w głowie tkwią tragiczne zdarzenia sprzed lat, które jeszcze nie jeden raz przypomną o sobie.
Przeszłość nie jest krainą, którą tak łatwo opuścić.
/str. 24/
I ten cytat dokładnie oddaje myśl przewodnią trzeciej części Trylogii Ciszy.
Osobliwość ciszy poprowadzona jest w dwóch przedziałach czasowych. Autorka wraca niejednokrotnie do przeszłości głównej bohaterki, do wydarzeń, które odcisnęły piętno na psychice Mai.
Powieść, szczególnie ta trzecia część napisana jest z ogromnym rozmachem. Świadczy o rozwoju talentu Alicji Masłowskiej-Burnos. Ten psychologiczny thriller trzyma czytelnika w napięciu od pierwszych stron aż do samego końca, do Epilogu.
Na uwagę zasługują bardzo rozbudowane, przemyślane, żywe dialogi. Szczególnie te prowadzone między "businessmenami", twarde, męskie, niepozbawione wulgaryzmów, ale za to jakże prawdziwe.
Główna bohaterka znów dostarcza nam ogromnych emocji przez zwykłą sympatię, zainteresowanie, czasami współczucie, aż do złości i bezradnej litości.
Akcja w dalszym ciągu toczy się szybkim tempem, nagłe zmiany sytuacji są nierzadko bardzo zaskakujące.
Polecam ten thriller szczególnie tym, którzy mają stalowe nerwy.
Za książkę dziękuję Autorce.
poniedziałek, 17 lipca 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #96 "Prawdziwa miłość" Krystyna Mirek
Prawdziwa miłość autorstwa Krystyny Mirek to trzecia, ostatnia część Sagi Rodu Cantendorfów.
O poprzednich częściach pisałam: o Tajemnicy zamku (1) - tutaj, o Cenie sczęścia (2) - tutaj.
Mroczna tajemnica zamku Cantendorf została rozwiązana. Pozostaje jeszcze kwestia co stanie się z Aleksandrem, jak potoczą się losy złej Lady Adler, a przede wszystkim czy wiedźma uratuje Kate i jaka przyszłość czeka wszystkich bohaterów.
Proszę Państwa, Oto bajka. Bajka dla dorosłych. Tu nie wszystkie charaktery czarne zostają nimi do końca. Nie zawsze ci wspaniali, odważni i mężni trwają w sławie do kresu swoich dni. Tu wszystko się może zdarzyć i tak się wydarza.
Trzecia część sagi w niczym nie odbiega od poprzednich dwóch. Mnóstwo zaskakujących sytuacji, dreszcz grozy towarzyszą nam do ostatnich kart powieści.
Wszystko okraszone porządną dawką sarkazmu, prześmiewczym humorem.
Jest w Prawdziwej miłości jednak nuta bajkowego uniesienia, swoista magia.
To były wartościowe napary. Z dobrych ziół, zbieranych ze znawstwem w najlepszych miejscach, gdzie rosły w naturalnym środowisku. Na pewno nie grzecznie w rządku w przydomowym ogródku. Takie nie miały swojej mocy. Za prawdziwymi ziołami trzeba się nachodzić, szukać na bagnach i w chaszczach, czasem nocą albo bladym świtem. Wiedzieć, w jaki sposób zbierać i przechowywać. Ich moc jst wielka, ale ulotna, łatwo ją stracić. Te jednak były doskonałe. Suszone zgodnie ze starymi zasadami sztuki i odpowiednio spreparowane według tajnych receptur.
/str. 94/
Ale można też odnaleźć ducha czasu z tamtejszymi tradycjami i obyczajami.
Dwie panny bez posagu, za to z bogatą biografią obfitującą w szaleńczą miłość, zerwane zaręczyny, długi ojca i różne niekonwencjonalne zachowania, jak choćby spotkania z mężczyzną sam na sam, to nie materiał na żonę dla szanowanego obywatela. Wbrew pozorom mężczyźni też muszą się liczyć z opinią publiczną czy głosem własnej rodziny. Tylko hrabia mógł do woli lekceważyć konwenanse.
/str. 163/
Prawdziwa miłość to romantyczna lecz bez kiczowatości kontynuacja opowieści przede wszystkim o kobietach, o ich różnych charakterach, ich postawach i przekonaniach. O walce, jaką toczą kobiety od wielu, wielu wieków: walce rozumu z sercem.
Polecam tę bajkę dla dorosłych nie tylko na letnie wieczory.
Za możliwość przeczytania Sagi dziękuję Wydawnictwu Edpiresse Książki.
sobota, 8 lipca 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #95 "Gotowe na zmiany" Krystyna Śmigielska
Dzisiaj opowiem Wam o książce, którą polecam nie tylko na wakacje:
Podnosząc się rano z łóżka, nie mamy pojęcia, jakie niespodzianki zgotuje nam rozpoczynający się właśnie dzień /.../
/Epilog/
Gotowe na zmiany Krystyny Śmigielskiej to właśnie taka powieść wręcz naszpikowana niespodziankami.
Dwóch zrozpaczonych i nieco przerażonych mężczyzn: uroczy mecenas Konstanty oraz zwariowany Stanisław wyruszają w podróż pełną przygód w poszukiwaniu swoich ukochanych. Bowiem Lucyna, żona Kostka i Kasia, ukochana Stana nagle zniknęły. Zostawiły jednak bardzo, z pozoru, niejednoznaczne wskazówki...
Przezabawna, lekka i napisana z ogromnym poczuciem humoru historia, która mogłaby przydarzyć się każdemu.
Ze zdziwieniem musiał przyznać, że męskie towarzystwo, bardzo mu odpowiadało, zwłaszcza brak pytań w stylu "Jak minął dzień, kochanie?" oraz jakichkolwiek pretensji czy wyrzutów. Jedynym mankamentem tego dziwnego związku był celibat. No, cóż...
/str. 39/
Jednak ma ta historia drugie dno. Konstantemu, kochającemu, wiernemu i dbającemu o żonę adwokatowi nagle świat wali się na głowę. Zniknięcie żony, tajemniczy Stan Łaski, który nagle pojawia się w jego życiu, kupon loterii oraz ponętna i intrygująca pani Basia, poważnie zaburzyło spokój i do głębi wstrząsnęło zrównoważonym prawnikiem.
Barwne i zabawne opisy zarówno postaci jak i sytuacji i wydarzeń dopełniają świetność Gotowych na wszystko. Autorka, Krystyna Śmigielska, wszak znana jest z tych pięknych, "okrągłych", dopracowanych zdań.
Fizjonomię miał Szukalski wprost wymarzoną do prawniczego zawodu. Już na pierwszy rzut oka można było spodziewać się po nim niewzruszonego spokoju, cierpliwości i nieustępliwego dążenia do wybranego celu. Takie połączenie ciapy z upierdliwym, niczym niedającym się przekonać twardzielem.
/str. 248/
Nie podoba mi się okładka powieści. I wcale nie dlatego, że nie lubię wizerunków twarzy na nich, ale te postaci jak i tło oraz napis rodem z Hollywoodu mają się nijak do treści Gotowych na wszystko.
Gorąco polecam tę opowieść nie tylko jako wakacyjną lekturę.
Podnosząc się rano z łóżka, nie mamy pojęcia, jakie niespodzianki zgotuje nam rozpoczynający się właśnie dzień /.../
/Epilog/
Gotowe na zmiany Krystyny Śmigielskiej to właśnie taka powieść wręcz naszpikowana niespodziankami.
Dwóch zrozpaczonych i nieco przerażonych mężczyzn: uroczy mecenas Konstanty oraz zwariowany Stanisław wyruszają w podróż pełną przygód w poszukiwaniu swoich ukochanych. Bowiem Lucyna, żona Kostka i Kasia, ukochana Stana nagle zniknęły. Zostawiły jednak bardzo, z pozoru, niejednoznaczne wskazówki...
Przezabawna, lekka i napisana z ogromnym poczuciem humoru historia, która mogłaby przydarzyć się każdemu.
Ze zdziwieniem musiał przyznać, że męskie towarzystwo, bardzo mu odpowiadało, zwłaszcza brak pytań w stylu "Jak minął dzień, kochanie?" oraz jakichkolwiek pretensji czy wyrzutów. Jedynym mankamentem tego dziwnego związku był celibat. No, cóż...
/str. 39/
Jednak ma ta historia drugie dno. Konstantemu, kochającemu, wiernemu i dbającemu o żonę adwokatowi nagle świat wali się na głowę. Zniknięcie żony, tajemniczy Stan Łaski, który nagle pojawia się w jego życiu, kupon loterii oraz ponętna i intrygująca pani Basia, poważnie zaburzyło spokój i do głębi wstrząsnęło zrównoważonym prawnikiem.
Barwne i zabawne opisy zarówno postaci jak i sytuacji i wydarzeń dopełniają świetność Gotowych na wszystko. Autorka, Krystyna Śmigielska, wszak znana jest z tych pięknych, "okrągłych", dopracowanych zdań.
Fizjonomię miał Szukalski wprost wymarzoną do prawniczego zawodu. Już na pierwszy rzut oka można było spodziewać się po nim niewzruszonego spokoju, cierpliwości i nieustępliwego dążenia do wybranego celu. Takie połączenie ciapy z upierdliwym, niczym niedającym się przekonać twardzielem.
/str. 248/
Nie podoba mi się okładka powieści. I wcale nie dlatego, że nie lubię wizerunków twarzy na nich, ale te postaci jak i tło oraz napis rodem z Hollywoodu mają się nijak do treści Gotowych na wszystko.
Gorąco polecam tę opowieść nie tylko jako wakacyjną lekturę.
piątek, 30 czerwca 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #94 "Między niebem a Lou" Lorraine Fouchet
Między niebem a Lou autorstwa Lorraine Fouchet, swoją premierę we Francji miała 10 marca 2016 roku.
W Polsce ta powieść ukazała się 12 czerwca 2017 roku w tłumaczeniu Iwony Banach.
Lorraine Fouchet - urodzona w Neuilly-sur-Seine, pisać chciała już od dzieciństwa. Swoje życie dzieli między Rzym, Yvelines i pięknie opisaną w powieści wyspę Groix.
Między niebem a Lou jest pierwszą z osiemnastu powieści Autorki (wydanych w latach 1990 - 2017) przetłumaczoną na język polski. Jak już wspomniałam, tłumaczenia podjęła się Iwona Banach, która książkę opatrzyła bardzo przydatnymi przypisami.
Jo nie może pogodzić się ze śmiercią ukochanej żony Lou. Mała wyspa, na której małżonkowie spędzili całe swoje życie, przypomina mu na każdym kroku o tej bolesnej stracie. Emerytowany lekarz kardiolog podczas odczytywania testamentu dowiaduje się, że żona zostawiła mu niezwykle ważną misję do spełnienia.
Gdy na wybrzeżu zapada noc, ktoś tam na skrzypcach jeszcze gra, ale w Beudeff jest akordeon, to nie po piwie płynie ta łza. Bo akordeon starego Jo morską melodię starą gra, a w twoich oczach rozbryzgi fal, gdy na deszcz zbiera się aura zła.
/str. 285/
Między niebem a Lou to swego rodzaju pamiętnik, dziennik wszystkich członków rodziny Jo, ale także przyjaciół i znajomych, pisany dla Lou.
To powieść o śmierci, o bezpowrotnej stracie ukochanej osoby, ale bez tej okropnej, rozlazłej tkliwości. To nie jest ckliwa powieść. Jest w niej nostalgia, jest tęsknota. To pięknie napisana opowieść prawdziwie uczuciowa.
Taka właśnie jest wyspa Groix. Nie ma sentymentalizmu, są uczucia, nie ma tanich gadek, jest działanie, nie ma samotności, jest solidarność. Ludzi się rodzą, umierają, a między tymi dwoma momentami żeglują, kochają, łowią ryby, boją się, między niebem a morzem.
/str. 71/
Polecam tę książkę wszystkim tym, którzy oczekują od lektury porządnej dawki emocji: smutku, który doprowadza do prawdziwych łez, niekontrolowanych wybuchów śmiechu i radości, zdziwienia, czasem złości.
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Wydawnictwu Media Rodzina.
poniedziałek, 12 czerwca 2017
Czytaj, czytaj, czytaj: #93 „Ostatnia arystokratka” Evžen Boček
Ostatnia
arystokratka to pierwsza z trzech części cyklu Arystokratka
autorstwa Evžena Bočka.
Evžen Boček - urodzony w 1966 roku w Kyjov, czeski pisarz, absolwent Uniwersytetu Masaryka w Brnie, kasztelan zamku w Miloticach na Morawach, początkowo pisał pod pseudonimem Jan Bittner (powieść Deník kastelána).
Ostatnia arystokratka ukazała się w styczniu 2015 roku, kolejna część Arystokratka w ukropie została wydana styczniu 2016 roku, obie w tłumaczeniu Mirosława Śmigielskiego. Trzecia część cyklu zatytułowana Aristokratka na koni ukazała się w 2016 roku, dotychczas nie została przetłumaczona na język polski.
Maria, dziewiętnastoletnia tytułowa bohaterka, przenosi się wraz z rodzicami z USA, gdzie dotychczas mieszkali, do odzyskanego w spadku majątku Kostka w Czechach. Na miejscu, po pełnej perypetii podróży zastają zamek wraz ze „służbą”: kasztelanem, kucharką i ogrodnikiem.
Wprawdzie powieść porusza ważny problem odzyskiwania majątków dawnych właścicieli ziemskich, nie można jej traktować poważnie. Ostatnia arystokratka aż tryska tym specyficznym, czeskim humorem. Autor ukazuje nam galerię postaci, mocno przerysowanych, jak na karykaturę przystało, ze swoimi przywarami.
Najwyraźniej nie jestem prawdziwą arystokratką. Nie żebym kłamała (przynajmniej nie świadomie), /.../ nikomu nie zawracam głowy, choć powody by się znalazły - na przykład Jaruś śmierdzi jak prosię - ale niedziwiącego się genu w moim DNA albo brakuje, albo jest znacznie osłabiony. Zresztą błękitną krew mam przecież rozrzedzoną przez plebejskie pochodzenie matki.
Evžen Boček - urodzony w 1966 roku w Kyjov, czeski pisarz, absolwent Uniwersytetu Masaryka w Brnie, kasztelan zamku w Miloticach na Morawach, początkowo pisał pod pseudonimem Jan Bittner (powieść Deník kastelána).
Ostatnia arystokratka ukazała się w styczniu 2015 roku, kolejna część Arystokratka w ukropie została wydana styczniu 2016 roku, obie w tłumaczeniu Mirosława Śmigielskiego. Trzecia część cyklu zatytułowana Aristokratka na koni ukazała się w 2016 roku, dotychczas nie została przetłumaczona na język polski.
Maria, dziewiętnastoletnia tytułowa bohaterka, przenosi się wraz z rodzicami z USA, gdzie dotychczas mieszkali, do odzyskanego w spadku majątku Kostka w Czechach. Na miejscu, po pełnej perypetii podróży zastają zamek wraz ze „służbą”: kasztelanem, kucharką i ogrodnikiem.
Wprawdzie powieść porusza ważny problem odzyskiwania majątków dawnych właścicieli ziemskich, nie można jej traktować poważnie. Ostatnia arystokratka aż tryska tym specyficznym, czeskim humorem. Autor ukazuje nam galerię postaci, mocno przerysowanych, jak na karykaturę przystało, ze swoimi przywarami.
Najwyraźniej nie jestem prawdziwą arystokratką. Nie żebym kłamała (przynajmniej nie świadomie), /.../ nikomu nie zawracam głowy, choć powody by się znalazły - na przykład Jaruś śmierdzi jak prosię - ale niedziwiącego się genu w moim DNA albo brakuje, albo jest znacznie osłabiony. Zresztą błękitną krew mam przecież rozrzedzoną przez plebejskie pochodzenie matki.
/str.222/
Wspaniała rozrywka złożona z ogromnej ilości gagów. Wydarzenia przedstawione w tej powieści są tak nieprawdopodobne, że aż możliwe.
Ostatnia arystokratka otrzymała nagrodę Milosłava Švandrlíka za „najzabawniejszą książkę roku”. Była również nominowana w „Plebiscycie Książka Roku 2015” na portalu lubimyczytać.pl.
Z przyjemnością sięgnę po kolejne dwa tomy z cyklu Arystokratka.
Wspaniała rozrywka złożona z ogromnej ilości gagów. Wydarzenia przedstawione w tej powieści są tak nieprawdopodobne, że aż możliwe.
Ostatnia arystokratka otrzymała nagrodę Milosłava Švandrlíka za „najzabawniejszą książkę roku”. Była również nominowana w „Plebiscycie Książka Roku 2015” na portalu lubimyczytać.pl.
Z przyjemnością sięgnę po kolejne dwa tomy z cyklu Arystokratka.
Polecam
tę powieść szczególnie jako antidotum na smutki i problemy dnia
codziennego.
A
za udostępnienie książki dziękuję Wydawnictwu Stara Szkoła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)














