poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Meryl i straszna śpiewaczka

O tym, że Meryl Streep darzę ogromną sympatią od wielu, wielu lat, chyba już wspominałam tutaj.

I o Niej oraz o jej niemałym dorobku filmowym opowiem w osobnym poście. Dzisiaj o najnowszym filmie z Jej udziałem.

Czy pamiętacie genialny spektakl teatralny w reżyserii Andrzeja Domalika zatytułowany Boska? Tam tytułową rolę zagrała wspaniale Krystyna Janda.




A kilka dni temu miał u nas premierę film Boska Florence, wyreżyserowany przez Stephena Frears'a. Tu rolę tytułową gra, ponoć fantastycznie, Meryl Streep.




Zarówno w sztuce jak i w filmie przedstawiona jest postać słynnej-niesłynnej Florence Foster Jenkins, diwy operowej, która śpiewając fałszowała jak mało kto, a jednak publiczność tłumnie przybywała na jej występy.

Ona na pewno kochała to, co robiła. Publiczność kochała ją (albo też jej pieniądze, które śpiewaczka dostała w spadku po ojcu, potem po matce).

I tylko wciąż zastanawia mnie czy ludzie ją otaczający akceptowali jej "fanaberie" z sympatii czy z litości.

Na pewno film jest wart obejrzenia, choćby ze względu na obsadę. Jak już wspomniałam, Florence gra Meryl Streep. Jej menedżera, o którym śpiewaczka zwykła mówić "mąż" gra Hugh Grant.

Na koniec dla porównania: arcytrudna aria Der hölle Rache kocht in meinem Herzen (Piekielna zemsta kipi w moim sercu) Mozarta
opery Czarodziejski flet:

Najpierw w wykonaniu Florence Foster Jenkins,"sopranu koloraturowego" (jak o swoim głosie zwykła mawiać Florence):




A teraz ta sama aria w wykonaniu Eddy Moser - niemieckiej śpiewaczki operowej, słynącej z właśnie sopranu koloraturowego, tak pięknie rozbrzmiewającego u Mozarta:


 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentuj, ale nie obrażaj :-)