niedziela, 8 września 2013

Czytasz Fredrę? Czytam i ja...

Czyta Fredrę Pan Prezydent, czyta też Pani Prezydentowa. Czytają wszyscy Polacy... . Czytam i ja...

Chciałoby się przypomnieć niektóre utwory przypisywane Panu Aleksandrowi... ale... nie miejsce tu... . Tak więc przypomnę "Czyżyka i ziębe":

Na ciemnym jarzębie
Młody czyżyk siadł przy ziębie;
A że zawsze myśl w nim płocha,
Ledwie zoczył, już ci kocha.
Lecz uważa prócz urody
- W tym już baczny, lubo młody -
Że ptaszyna ma w udziele
W swym mieszkaniu ziarna wiele.
Tym mieszkaniem domek mały,
Drobne kratki go składały,
I szczeblikiem drzwi podparte
Stały otwarte.
Uważał czyżyk dość długo, a potem,
Lekkim zbliżywszy się lotem,
Nuci, śpiewa, bawi,
O miłości prawi,
Wzajemności żąda,
A na proso wciąż pogląda;
Zięba zaś swoim zwyczajem
Wdzięczy się nawzajem.
Zięba nadobnej była urody,
A czyżyk młody.
Pokarm był piękny, liczny, dorodny,
A czyżyk głodny.
Nie myśląc więc wiele
Posunął się śmiele;
Lecz ledwie przy kratce...
Trzask! - czyżyk w klatce.
Zrazu pieszczoty zięby, jej głos miły
Myśli niewoli z główki oddaliły;
Lecz niedługa
Ta usługa:
Jakby nie ta co z początku,
Dumała gdzieś w swoim kątku,
A gdy czyżyk grzecznie, ładnie
O śpiewanie ją zagadnie,
Huknie,
Fuknie:
- Ja póty wabię, pókim sama w domu.
Póki mi trzeba podobać się komu. -
Choć westchnął czyżyk nad dzielnością mowy,
Nie stracił głowy.
Wspomniał o prosie;
Wziął się do niego. Lecz - o, smutny losie!
O, nadziejo marna!
Dużo tam łupek, a niewiele ziarna.
Westchnął jeszcze i wzdychał, ale nic nie zmienił. -
Niejeden jest czyżykiem, co się dziś ożenił.


 

niedziela, 1 września 2013

Zaniedbałam...

Zaniedbałam. Was, moi Kochani Czytelnicy. Zaniedbałam oba blogi. 
Wybaczcie... . Ale kiedy świat wali się ze wszystkich stron, kiedy podstawy, które mi wpajano od dzieciństwa, a które to ja z kolei wpajałam moim dzieciom nagle z powodu jakichś intruzów stają się kupką gruzowiska..., kiedy wartości moralne przestają się liczyć a Dekalog jest... stekiem bzdur dla mojego syna... zamykam się w sobie. I nie potrafię o tym zapomnieć. Ani też pisać... .

niedziela, 18 sierpnia 2013

Weekend z literaturą

Ten weekend 18 - 20 sierpnia jest nad morzem weekendem literackim.  W Sopocie trwa festiwal Literacki Sopot, a w Gdyni - II Nadmorski Plener Czytelniczy.
Miasto Gdynia jest organizatorem tej imprezy. Dość powiedzieć, że merytorycznym partnerem jest spółka Targi Książki... . To mówi samo za siebie... dużo dobrego czytania... .:-)

Wybrałam się wczoraj... . Zajrzałam do pierwszego namiotu wydawniczego... . Przemiła, młoda osoba spostrzegła, że zwróciłam uwagę na książkę Antonii Michaelis "Baśniarz". Patrząc mi prosto w oczy (co niestety, rzadko się zdarza, szczególnie u młodych ludzi) niezwykle zachęcająco, w krótkich słowach opisała mi treść i... malowniczość tejże. Przecież to dopiero pierwszy namiot, pierwsza oficyna wydawnicza... . Podziękowałam grzecznie... w zamian dostałam zakładkę do książki z reklamą "Baśniarza". I dobrze... . I tak wędrowałam od namiotu, do namiotu... .
Zdecydowałam się na kupno trzech tomów "Cukierni pod Amorem" Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk "... od kilku lat marzyłam o tych książkach... .

Koło namiotów porozstawiane leżaki, można przysiąść, poczytać, zadumać się nad słowem pisanym... .

Mała estrada, na przeciwko kilkadziesiąt krzeseł... . Na estradzie przy mikrofonie, siedząca wygodnie pani Ewa Wiśniewska. Obok - pan, chyba przeprowadzający z Nią wywiad. Pani Ewa mówi o aktorstwie, o rolach. Na chwilę zatrzymuję się przy nieopodal rozstawionym namiocie... przeglądam książki i słucham Pani Ewy.... . Mówi o serialach i o rolach w nich. Nie granych, a raczej... popełnianych... . I że w serialu to nie jest gra, w ogóle serial to żadne aktorstwo... . Taki sens mają słowa wypowiadane przez aktorkę.
Nie jestem osobą śmiałą... niestety... . Ale gdybym była, podeszłabym do tej małej sceny i zapytałabym Panią Ewę co sądzi w takim razie o serialu "Doktor Ewa", kilkunastoodcinkowym, kultowym powiedziałabym serialu, w którym grała główną, tytułową role i którą to rolą... wypłynęła... stała się rozpoznawalną aktorką... . Ach, to pewnie było tak dawno, że... już nie pamięta... .
Nie wolno uogólniać... a przede wszystkim... trzeba zważać na to, co się mówi publicznie... bo można stracić... publiczność... .

Wracając do Nadmorskiego Pleneru... przy pięknej, słonecznej choc nieco wietrznej pogodzie wiele wspaniałych wydawnictw prezentowało swoje książki. Widziałam takie wydawnictwa, jak: Nasza Księgarnia, Bellona, Sonia Draga, Media Rodzina, Znak i Zysk, Wydawnictwo Salezjańskie.

Nie jestem w stanie wymienić wszystkich wydawnictw, które były obecne w dniu wczorajszym, a było ich około trzydziestu.

Impreza godna pochwały. Żałowałam, że nie spotkałam Pani ilony Felicjańskiej, która napisała książkę o swoich niełatwych przeżyciach i miała o nich wczoraj opowiadać... . Może minęłyśmy się... może jednak była... .

I już nie mogę się doczekać III Pleneru... :-)







piątek, 16 sierpnia 2013

Różami obdarowani czyli walka czterech tenorów

47. już raz w Krynicy Zdroju organizowany jest Festiwal imienia Jana Kiepury.  Tegoroczny Festiwal trwa tydzień - od 10 do 17 sierpnia.

W ramach cyklu Śladami Kiepury, w tym roku przedstawiono piękny pojedynek na głosy czterech polskich tenorów. Koncert pod nazwą Bitwa Tenorów na Róże zorganizowano na deptaku krynickim tuż obok Starej Pijalni Wód.

Przez dwadzieścia nad organizacją Festiwalu czuwał Bogusław Kaczyński. Tym razem  dyrektorem artystycznym oraz prowadzącą koncert była Alicja Węgorzewska. Przy prowadzeniu tego wydarzenia wspomagał Ją Tomasz Kammel.

Bitwa tenorów była walką o tytuł tenora najbliższego ideałowi - a ideałem był oczywiście Jan Kiepura. Jurorami była publiczność. To oni zdecydowali, który ze śpiewaków otrzyma Platynową Różę.


Każda osoba z publiczności, przy wejściu na koncert, otrzymała różę. Róże służyły do głosowania - wśród publiczności przechadzały się hostessy z koszami, na których umieszczone były nazwiska tenorów. Każdy mógł oddać jeden głos - wkładając różę do odpowiedniego kosza.

Wybór był naprawdę trudny... . Chociaż... ja miałam swojego faworyta... . :-)
Były tryle, była kadencja z floriturami. Tenorzy wykazali się biegłością techniczną oraz tym, co zawsze wzbudza zachwyt publicznośći - wysokimi tonami. 

Były popisy solowe, jak również w duecie. Tenorom partnerowały Katarzyna Dondalska i Marta Wyłomańska.

A oto tenorzy:

Adam Zdunikowski:



Rafał Bartmiński:


Krystian Krzeszowiak:



I mój faworyt, który... zdobył Platynową Różę - Tomasz Kuk:




Koncert warto obejrzeć. To prawdziwa uczta dla ducha i... dla ucha :-)


środa, 24 lipca 2013

Czytaj, czytaj, czytaj: #5 "Serce w potrzasku" Yves Navarre

W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku Państwowy Instytut Wydawniczy publikował serię beltrystyczną pod nazwą Klub Interesującej Książki.
W roku 1978 opubikowanych zostało 10 powieści. W tym - "Serce w potrzasku" autorstwa Yves Navarre.



Yves Navarre(1940 - 1994) był znakomitym francuskim dziennikarzem, powieściopisarzem i dramaturgiem. To "Sercem w potrzasku" zwrócił na siebie uwagę . 
Powieść napisana jest w trybie czasu teraźniejszego. Pierwsze strony szły mi opornie, ze względu na ten czas... . Ale... akcja, mimo, że powolna, nieśpieszna, rozciągnięŧa, tak mnie zainteresowała, że już po kilkunastu stronach... przyzwyczaiłam się do stylu, do języka. Bo styl jest różny od tych "powieściowych". Inny. Dialogi są pisane "ciągiem", nie od nowego wiersza, zamknięte w cudzysłowiu. 
"Serce w potrzasku" to dramatyczna historia weekendu rodzinnego. Po dwunastu latach jest okazja do spotkania w rodzinnej, wiejskiej rezydencj.i Spotkanie przy okazji chrzcin okazuje się być ostatnim... . Dlaczego? Nie, tego Wam nie zdradzę... .
Podczas tego spotkania poznajemy historię rodziny bogatego przemysłowca, ich najbliższych członków, ich charaktery. To swojego rodzaju bilans całego dotychczasowego życia, podsumowanie osiągnięć i klęsk.
Powieść od początku buduje napięcie. Wiadomo, że spotkanie nie będzie łatwe, że coś się stanie... . A może już się stało?
Książka nie jest łatwa... .


(...) Jakub również był poetą. Albo raczej był tylko poetą. Piotr przypomina sobie nagle o zeszycie, którego Jakub nie ukrywał, ale nikt nigdy nie ośmielił się go otworzyć. Jakub pilnował tego zeszytu nawet wówczas, gdy zostawiał go na swoim biurku na bulwarze Lannes, w Rivier czy też później w ich podmiejskim pokoju. Zawsze ten sam zeszyt. Pobrudzona, zniszczona naklejka oznajmiała: "Pieśni serca w potrzasku". To wszystko. Nikt nie odważył się go o to pytać. (...)
 
Warto, naprawdę warto sięgnąć po tę lekturę... .





sobota, 20 lipca 2013

Zapiski kapryśnicy (cz. IV)

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że do szkoły miałam „pod górkę”. Szkoła podstawowa była „tuż, za rogiem”. Z domu wychodziłam za dziesięć ósma i spokojnym, spacerowym krokiem zdążałam do szatni i majestatycznym krokiem wchodziłam do klasy jeszcze przed dzwonkiem.

Tarcza była obowiązkowa. I musiała być przyszyta. Nie umocowana na agrafkę albo na gumkę. Przyszyta. W drzwiach do szkoły stali dyżurni – lizusy, ze starszych klas, najczęściej z siódmej albo ósmej, którzy albo chcieli się przypodobać wychowawcy lub dyrektorce, albo chcieli poprawić sobie ocenę ze sprawowania. Nigdy, przenigdy nie stałam „na bramce”. Wstyd. Pfuj.

Tak, jak w liceum zawsze siedziałam w pierwszych rzędach, tak w podstawówce zawsze na końcu. Nie wiem, dlaczego. Zresztą, jeśli chodzi o szkołę podstawową, to nigdy nie siadaliśmy tam, gdzie chcieliśmy... . To wychowawczyni nas rozsadzała. No jasne. Ja najchętniej siedziałabym albo z Kaśką, moją naj, naj, najlepszą przyjaciółką (do dzisiaj się przyjaźnimy) albo z Gosią – też przyjaciółką, ale taką już trochę mniej. Ale Gośka dobrze się uczyła i dawała ściągać... . Bo inne koleżanki nie.

Oj, czasami zdarzało mi się, że nie zdążyłam odrobić wszystkich lekcji. Naprawdę nie zdążyłam. Przecież ja miała jeszcze zajęcia pozalekcyjne. Lekcje angielskiego, muzyki, basen. To wszystko zajmowało mi czas. A do tego jeszcze byłam przecież w harcerstwie.

Harcerstwo... . Dostaliście kiedyś pasem po pupie od rodziców? Ja dwa razy... . Ale zapamiętam to chyba do końca życia. Jeden raz to właśnie przez harcerstwo. Naprawdę... .

Zbiórki harcerskie były raz czy dwa razy w tygodniu. Oprócz zabawnej musztry, na której każdy z nas musiał takową przeprowadzić i wiadomo było, że jak ja zaczynam ją przeprowadzać, to będzie się ta zabawa ciągnęła w nieskończoność, były różne dyskusje na temat tego, co będziemy robić na następnych zbiórkach... . Musztra w moim wykonaniu była dlatego taka długa, ponieważ nie potrafiłam (z nerwów) powiedzieć formułki przy meldowaniu o stanie drużyny. Za każdym razem były jakieś pomyłki... . I ciągle „ - Wróć”.
I znowu: baczność, spocznij, kolejno odlicz... . Zamiast „druhu drużynowy” - „zuchu drużynowy”... Wszyscy w śmiech, ja niemalże w płacz, druh drużynowy – czyli nasza wychowawczyni – z kamienną miną - „-Wróć”... i tak bez końca... . Katorga.

A po zbiórce, któregoś pięknego, majowego wieczoru, ktoś wpadł na pomysł, żebyśmy zabawili się w chowanego. Gdzie? Na wewnętrznym podwórzu kamienicy, która była nieopodal szkoły. Świetny pomysł. Do tego jeszcze, aby dziewczynki nie bały się ciemności (bo podwórze było gęsto obsadzone krzaczorami różnymi, jednak oświetlenia tam nie było), każdej będzie towarzyszył młodzian. Dostałam przydziałowego Marcinka, chłopca o głowę niższego ode mnie, grubiutkiego, acz sympatycznego. I schowaliśmy się. Oprócz trzymania za rękę o niczym innym nie było mowy, bo gdzie ja, panienka z dobrego domu miałabym się obściskiwać z jakimś gachem na podwórzu... . Ale... zagadaliśmy się... . Kiedy spojrzałam na zegarek – zamarłam. W domu miałam być... dwie godziny temu... .

Marcinek dzielnie zaproponował mi, że odprowadzi mnie pod samą klatkę schodową. Kiedy dobiegaliśmy do naszej kamienicy, w drzwiach pojawili się moi oboje rodzice – mama z fryzurą niedbałą (czyżby już rwała sobie włosy z głowy?) i tato, jakby z nieco przerzedzoną łysiną (czy on też...?). Marcinek grzecznie powiedział „dobry wieczór”, szurnął nóżką i... już go nie było.
Zdrajca. Zostawił mnie samą... .

W domu musiałam zdjąć ten skórzany, gruby, harcerski pas... . Dostałam po dupsku. Dzielna byłam, nie krzyczałam, nie wyrywałam się. Zasłużyłam. Bolało. Ale nie pupa... . Bolało serce, że Oni tak się martwili, a ja... rozmawiałam z Marcinkiem o ostatnim odcinku „Bonanzy”... .


wtorek, 16 lipca 2013

Czytaj, czytaj, czytaj: #4 "Raz w roku w Skiroławkach" Zbigniew Nienacki, "Niepokoje wychowanka Torlessa" Robert Musil

Bardzo zaniedbałam Was, moi Czytelnicy, Wasze blogi jak również i moje blogi. A to wszystko nie z lenistwa, a z problemów, które... delikatnie mówiąc... przerosły mnie i... nadal przerastają... .
Zapomnienie, oderwanie się choć na chwilę od rzeczywistości zawsze znajdowałam w muzyce i literaturze. No i poczytałam... .

Zabrałam się za książkę Roberta Musil'a Niepokoje wychowanka Torlessa.
I po raz drugi zdarzyło mi się... nie skończyć książki. Zdarza się to Wam czasami? 

Ale... od początku...

Pierwszą książką, jakiej "nie strawiłam" do końca była dwutomowa powieść Zbigniewa Nienackiego Raz w roku w Skiroławkach



Zapewne zostanę zlinczowana przez wielbicieli autora serii Pana Samochodzika, ale nic na to nie poradzę... . Znam osoby, które zachwycają się Skiroławkami, wracają do nich, aby odkrywać coś nowego... . Ja nie udźwignęłam tej prostoty językowej, języka powiedziałabym archaicznego, nudnych, długich opisów... . 

Co rano Kłobuk, przed wiekami zrodzony z wcześniaka zakopanego u progu domu, zmokłą kurę o pierzu poprzetykanym złotymi piórami z ludzkich snów utkanymi przypominający, rusza w swą wędrówkę. Najpierw przechodzi obok domu doktora Niegłowicza, który, jak powszechnie wiadomo, najpierw kobietę upokorzyć musi, nim w nią wejdzie (...)
Potem mija dom Justyny, której co noc roi się, iż on, Kłobuk z belki pod stropem obory spadłszy, swoim nasieniem ją napełnia i dziecko upragnione jej daje (...)

I tak przez dobrych kilkaset stron... 

# # #

Robert Musil, austriacki pisarz, żyjący na przełomie XIX i XX wieku, uczył się w szkole kadetów, potem studiował psychologię, filozofię i matematykę. Był bibliotekarzem, redaktorem jak również wysokim urzędnikiem państwowym.
Niepokoje wychowanka Torlessa to debiut literacki pisarza.  To w tej powieści Musil nawiązywał do swoich lat młodzieńczych.




Rzecz się dzieje właśnie w szkole kadetów, szkole dla chłopców z dobrych domów. 
Są bohaterowie pozytywni i ci z gruntu źli, jest wolno tocząca się akcja, dogłębnie rozpatrywana ze wszystkich stron przez bohatera powieści. Rozważania psychologiczno-filozoficzne przyprawiły mnie o... zaśnięcie nad książką... .
A poniższe zdanie, znajdujące się na 106 stronie tego 247 stronicowego "dzieła" sprawiło, że... odstawiłam książkę z powrotem na półkę mojej biblioteczki...

Wspomnienie straszliwego, cichego, nasiąkniętego smutnymi barwami milczenia pewnych wieczorów przychodziło bezpośrednio po gorącym, rozedrganym niepokoju letniego południa, co niegdyś nawiedził żarem jego duszę niby lotne nóżki chyżego roju połyskliwych jaszczurek.


czwartek, 27 czerwca 2013

Czytaj, czytaj, czytaj: #3 "Panny z Wilka", "Brzezina", "Róża" Jarosław Iwaszkiewicz

Tytuł dzisiejszych moich relacji z przeczytanej książki może nieco zdziwić i zmylić... . Ale chciałam umieśić trzy w jednym. 


Bo rzecz będzie o trzech opowiadaniach zawartych w jednej książce. 
Jak to zwykle u mnie bywa, najpierw przybliżę autora. Jarosław Iwaszkiewicz a właściwie Leon Iwaszkiewisz. Pisarz, poeta, prozaik i eseista urodził się w Kalniku w 1894 roku.  Biografię ma Pan Jarosław bardzo urozmaiconą. Po liceum udzielał korepetycji na dworach szlacheckich w Polsce i Ukrainie Nadnieptrzańskiej. 

Z początkiem lat 20. XXw. odbywał służbę w 221. Pułku Piechoty w Ostrowie Wielkopolskim.

Od roku 1928 mieszkał w Podkowie Leśnej w posiadłości Stawisko razem z żoną 
Anną, również pisarką.

W latach 20. i 30. XX w. pracował w dyplomacji.

Był współzałożycielem grupy "Skamander", przez długie lata był prezesem Związku Literatów Polskich, wydawcą pisma "Nowiny literackie".

Jego pierwszy, debiutancki wiersz "Lilith" został opublikowany w 1915 roku w piśmie "Pióro".

Pisał Pan Iwaszkiewicz wiersze, powieści, nowele, opowiadania, dramaty, napisał libretto do "Króla Rogera". Pisał też wspomnienia.

A ja ostatnio przeczytałam Jego trzy opowiadania zawarte w jednej książce. 
"Panny z Wilka", "Brzezina" i "Róża". 

Wszystkie trzy opowiadania mają, moim zdaniem, wspólną cechę: melancholię, tęsknotę za tym, co było, co przeminęło. I chociaż nie zawsze jest to powiedziane wyraźnie, bohaterowie wracają do przeszłości z sentymentem, rozrzewnieniem. 
Wszystkie te opowiadania mają w sobie refleksję, czas na rozmyślanie, czas na zastanowienie się nad życiem i uczuciami człowieka.

W "Pannach z Wilka" Wiktor Ruben, trzydziestoparoletni mężczyzna, po stracie przyjaciela odwiedza wujostwo. Nie był w tych stronach od piętnastu lat. Niedaleko posiadłości wujostwa jest dwór. Wilko. A tam - sześć panien, u których to główny bohater był korepetytorem... . Idzie do Wilka i spotyka je. 
Z każdą z nich łączy Wiktora wspomnienie, nierzadko uczucie. 
Wiktor przyjechał do wujostwa, aby wyciszyć się, odpocząć... . Czy mu się to uda...? 

"Brzezina" to... traktat o umieraniu. Czy można na stu stronach pisać o zbliżającej się śmierci? W dodatku... interesująco? Otóż można... . Stanisław, bon vivant, przyjeżdża z sanatorium w Davos do swojego brata, mieszkającego na wsi wśród lasów, aby... umrzeć. Staś bowiem chory jest na gruźlicę. Tylko świeże, dobre powietrze jest w stanie przedłużyć mu nieco jego życie. A kres życia jest tu nieuchronny. Brat Stanisława - Bolesław cierpi psychicznie. Rok temu zmarła jego ukochana żona. Został sam z małą, uroczą córeczką. 
Z tyłu domu, w którym mieszka Bolesław, rośnie lasek brzozowy. W tej brzezinie jest grób jego żony. Miejsce, do którego Bolesław ciągle wraca, o którym wciąż myśli... . 
Atmosfera w domu Bolesława jest... ciężka i nie do zniesienia. I paradoskalnie Stanisław wprowadza do niego trochę życia... . 

"Róża", najkrótsze z tych opowiadań traktuje o dążeniu do... posiadania męża. A cała akcja przedstawiona jest, moim zdaniem, w sposób karykaturalny. Róża, po kilkunastu latach służby w Warszawie, wraca z "odpowiednimi pieniędzmi" do rodzinnej wsi Zagródka, aby... kupić sobie męża. Z takimi pieniędzmi łatwo jest zdobyć mężczyznę brzydkiej, "starej" i kostropatej Róży. Ale, czy na długo...?




niedziela, 23 czerwca 2013

Koko country - reaktywacja

Nie wytrzymałam jednak... :-) Są takie tematy, o których tu - nie napiszę. 
Dlatego postanowiłam reaktywować mój "stary" blog Koko Country.
Zapraszam do lektury:
http://kokocountry.blogspot.com/2013/06/wytrzymaam-trzy-miesiace.html 

 

wtorek, 18 czerwca 2013

Trochę kultury...

Czekałam na ostatni dzień Festiwalu w Opolu, mając nadzieję, że się zrehabilituje. I... doczekałam się. :-) 
Wieczór był piękny i długi. Z opolskiego amfiteatru płynęły cudne dźwięki starych przebojów z ostatnich pięćdziesięciu lat. I łatwiej byłoby wymienić tych artystów, którzy nie wystąpili. 
Ale, były też i wpadki... . Drobne... . 
Przeicież muszę trochę poplotkować...:-)
Prowadzącymi galę tym razem byli Joanna Moro i Piotr Polk. Pan Piotr, wytrawny aktor, dzielnie wspierał Panią Joannę. A ona - wyprostowana jak struna rozsiewała przez cały wieczór sztuczne uśmiechy.  I czasami nawet się odezwała... choć nie zawsze potrzebnie... .
Jerzy Połomski przypomniał cudną, nastrojową piosenkę "Daj", w sposób, jaki tylko On to potrafi... lekko i przyjemnie. Po występie nastąpiła oczywiście burza oklasków i obowiązkowy standing ovation. 
Pani Moro z przyklejonym uśmiechem przypomniała, że Pan Połomski obchodzi 55 jubileusz pracy na scenie. Pan Jerzy uśmiechnął się, kiwnął głową...
A Pani Moro dodała jeszcze, wciąż z tym sztucznym uśmiechem i z miną niegrzecznej dziewczynki: a Pan jeszcze w tym roku będzie obchodzić swoje osiemdziesiąte urodziny...! 
Tu biedny Pan Jerzy stanął jak wryty, nie ukrył niestety zażenowania i... złości. Widziałam na Jego twarzy napięcie... ten człowiek niezwykle dbający i chroniący swojej prywatnośći nagle został... zdemaskowany... .
Swoją drogą, Pan Połomski w ogóle nie wygląda na swój wiek, niemniej jednak chyba nie było to ustalone... .
Opole gromkim głosem odśpiewało "sto lat", a biedny Pan Jerzy bardzo starał się ukryć zażenowanie... .
To plotkujemy dalej...
Pani Alicja Majewska, której bardzo, bardzo dawno nie widziałam, w ogóle się nie zmienia, wciąż jest szczupła, piękna i młoda i... wygląda zjawiskowo. A głos... wciąż ma piękny, głośny, mocny, dźwięczny głos... .
Panią Marylę Rodowicz widać co i rusz w TV, zawsze uśmiechnięta, radosna i kontrowersyjnie ubrana, ale... Jej to wypada, Ona może, Jej po prostu nie można nie kochać... . W niedzielę wyglądała... cudownie. Miała na sobie piękną, kwiecistą w pastelowych kolorach suknię, oczywiście z odsłoniętymi ramionami, dopasowaną do dołu i od kolan bardzo, bardzo rozszerzoną. Do tego Pani Maryla śpiewała tym razem również przy akompaniamencie Andrzeja Sikorowskiego (z zespołu Pod Budą).
Ze Stanów przyleciał Stan Borys. I przypomniał "Jaskółkę, czarny sztylet....". Świetnie robią Stany Panu Stanowi, wygląda jak dawniej. Piękna, młoda sylwetka, zarost a i owszem, ubrany jak zwykle na czarno z różnymi przyozdobieniami... klasyka. 
Myślę, że wszyscy bawili się przednio, a jubileuszowy, pięćdziesiąty Festiwal w Opolu... przeszedł do historii... .